2020-12-09.

Mojego rozleniwienie blogowe, fotograficzne i filmowe wchodzi na nowe, nieznane poziomy. A szkoda, bo masa fajnych rzeczy się dzieje. Poniżej krótki update dla potomności… Za dziesięć lat będę czytał te notatki i złościł się, że nie pisałem tyle, co dziesięć lat temu w Nepalu.

Ale po kolei. Totalnie oswoiłem się z domem i zostaję tu do końca kwietnia. Potem pewnie na jakiś czas wrócę do Europy, najchętniej omijając Polskę całkowicie, albo zatrzymując się tam jedynie przelotnie i niezobowiązująco.

Plany zakupu łodzi raczej rozejdą się po kościach. Primo, łódź na żywo wygląda nieco gorzej niż na filmie i wymaga pewnej kosmetycznej pracy. To akurat samo w sobie nie jest problemem, bo ma stalowy kadłub i prowadzi się dobrze (o czym za chwilę), ale pojawiła się inna kwestia. Otóż, gdy dwie osoby mają jedną łódź, pojawiają się rozbieżności opinii i oczekiwań – na jaki kolor pomalować, jaki ma mieć charakter, ile zainwestować i kiedy etc. U mnie wszystko musi być zgodne z rachunkiem ekonomicznym, ROI etc. Moja partnerka z kolei, z typowym dla lokalsów podejściem happy go lucky, chce pakować w łódź jak najwięcej kasy, żeby mieć najpiękniejszą jednostkę w LP. Co prawda nigdy się to nie zwróci, ale zyskamy pewien symbol statusu, co dla lokalnej populacji jest kluczowe. Ja po prostu nie myślę tymi kategoriami, wyrosłem z tego gdzieś w podstawówce.

Plusem jest natomiast to, że spędziłem dzień ucząc się żeglować po Mekongu. Pierwsze podejście było takie sobie, bo ster miał straszliwe luzy i traciłem masę czasu kontrując, ale po wybraniu cięgieł steru, było idealnie. Sternik autochton nawet podał mi rękę post factum i stwierdził, że radzę sobie “dee lai lai” (bardzo, bardzo dobrze). Nieoczekiwanie przydają się żeglarskie doświadczenia z młodości.

Łódź w swoim naturalnym habitacie – na Mekongu.

Coraz więcej czasu spędzam w lokalnych świątyniach. Ostatnio zostałem zaproszony na ceremonię wyświęcania trzech świeżutkich mnichów. Nagrałem kilka urywków, kiedyś zmontuję. Poza tym regularnie chodzę na wieczorne śpiewy oraz medytacje. Mam takie wdzianko w kolorze lotosowym (jasny fiolet) dla lay practitioners, które z dumą zakładam na każdą sesję, regularnie wzbudzając zdziwienie lokalsów – “o, patrzcie, farang w światyni!”. To chyba coś w kategorii latających świń. ;-)

Co prawda pojawiły się tutaj pewne trudności praktyczne, bowiem transliteracje z jęz. Pali na alfabet łaciński, które znalazłem w sieci, nijak się mają do tego, co się tutaj czantuje. W pięknej świątyni Wat Pha Phai znalazłem mnicha, który znakomicie mówi po angielsku i nawet przygotował specjalny zestaw dla cudzoziemców – problem w tym, że zestaw jest już nieaktualny i większość śpiewów spędzam medytując, bo irytuje mnie ciągłe szukanie właściwego tekstu (którego najczęściej i tak nie znajduję). Muszę więc przestać się lenić i zacząć używać zapisu palijskiego z użyciem alfabetu laotańskiego, który już znam i czytam. Powoli co prawda, ale dwa tygodnie ćwiczeń i będzie z górki.

Motocykle mają się dobrze. Zmieniłem manetkę w małym potworze, który nieco szarpał, bo miał za długą linkę. W Tajlandii właśnie pojawiły się nowe modele CRFek, w tym piękna 300-tka, na którą mam straszną ochotę.

Luang Prabang w swojej aktualnej formie, miasta częściowo wymarłego, znaczy się, jest wspaniałe. Wyobrażam sobie jak to wszystko musi wyglądać zalane masowym turyzmem, natomiast ten problem nam przez co najmniej kilka miesięcy nie grozi. Małe uliczki na półwyspie całkowicie wyludnione, podczas wieczornych spacerów spotykam głównie koty. Restauracje pogrążone w lekkim letargu, choć wciąż otwarte. Mam swoje ulubione miejsce na nieco bardziej wyrafinowane jedzenie – Le Calao i raz, dwa razy, na tydzień testuję różne lokalne potrawy. Niektóre, jak Som Paa, czyli ryba gotowana na parze w bananowych liściach, absolutnie rewelacyjne. Zresztą bardzo mi pasuje lokalna kuchnia, z masą ryb i warzyw – muszę tylko uważać na papryczki, które lokalsi jedzą garściami, z ziarenkami włącznie – ja jednak powinienem sobie tę przyjemność dawkować.

Miasto jest przepięknie położone na półwyspie między dwiema rzekami (dużą – Mekongiem i małą – Nam Khan) i otoczone wzgórzami, więc praktycznie z każdego miejsca ma się to poczucie przestrzeni, której nie ma na nizinach.

Poza tym znalazłem lokalną siłownię, gdzie spędzam do drugie przedpołudnie i powoli doprowadzam organizm do formy. Co prawda jazda na terenowym motorze to dobrze ćwiczenie siłowe, ale nie zastąpi aerobów ani rozciągania, które parę miesięcy temu porzuciłem.

Dwa kroki od domu otworzyła mi się urocza kawiarnia – Comma Coffee. Wystarczy przemknąć się między kwaterami mnichów Wat Aphay, przejść przez małą furtkę i voila, mamy w pełni hipsterskie doświadczenie kawiarniane.

Comma Coffee Luang Prabang.

Zasadniczo jest więc fajnie, mam teraz, w sumie przyjemną rozterkę – czy planować dłuższy pobyt w Laosie (w sensie kolejne parę lat), czy ciągnąć plany szwajcarskie. Najchętniej połączyłbym jedno z drugim, pół roku LA, pół roku CH, ale znając konserwatywne podejście Szwajcarów do pracy, jeśli mam poważnie myśleć o statusie rezydenta i – z czasem – paszporcie, raczej będę musiał wybierać. Mam tylko nadzieję, że zła karma mnie nie dopadnie i nie skończę na dłużej w PL, bo to byłoby trudne do wytrzymania.

Leave a Reply