Z Nong Khiaw do Muang Pak Seng.

Wczoraj pod wieczór czułem już pewne znużenie Nong Khiaw – chociaż może nawet nie tyle znużenie, co poczucie, że wyeksplorowałem okolicę w stopniu, który mnie na razie satysfakcjonuje. Pozostała kwestia powrotu i dzięki kolejnej sesji wgryzania się w mapę znalazłem bardzo fajną opcję.

Początkowo nudna droga 1C, którą już znam, z kilkoma miejscami widokowymi z niesamowitymi panoramami na setki kilometrów laotańskich wzgórz.

Nieco za Nong Khiaw. Widok na północ.

W drodze z Nong Khiaw na południe. Widok na wschód.

Potem, w miejscowości Viang Kham, odbiłem w góry. Doprawdy, nie mam pojęcia, co zrobiłbym bez apki OsmAnd i ich terenowych map… Kilkadziesiąt peelenów rocznie za absolutnie bezcenne info. Czasem co prawda niepełne, ale to nawet dodaje całej sprawie uroku.

Znowu było tak, że miałem na mapie kawałek drogi na początku planowanej trasy i kawałek na jej końcu, ale że obydwie prowadziły wzdłuż rzeki, założyłem, że się muszą gdzieś tam połączyć. Co prawda było między nimi jakieś 50 km, ale nic to. Kilka raz wypytałem lokalsów o możliwość przejazdu i odległość – z początku co prawda byli w stanie jedynie wymienić kilka kolejnych wiosek i stwierdzić, że to jakieś 100 km dalej, ale im bliżej celu, tym bardziej konkretne stawały się estymaty. W pewnej wiosce lokalny biznesmen (właściciel sklepu) powiedział z szokującą precyzją: 27 km. Miał 100% racji.

Przed wjazdem w interior miałem jakieś 75% baku (~120 km), więc nie obawiałem się za bardzo, ale gdzieś tam z tyłu głowy męczyło mnie, że nie zatankowałem – just in case. Natomiast udało mi się przejechać bez problemów, plus po drodze mijałem szereg wiosek, w których można zwykle kupić benzynę. Co prawda jest to dramatycznie zła benzyna, często trzeba po niej czyścić karburator albo i bak, ale czasem nie ma innego wyjścia. W ramach oswajania paranoi może zacznę ze sobą wozić pięciolitrowy kanister z benzyną.

Droga piękna, choć już nieco się z tym pięknem oswajam. Podobnie jak oswajam się z motorem w trudniejszych warunkach, ale to na swój sposób dobre – bo każda nowa trasa to nowe wyzwanie, ale znikają wyzwania techniczne, więc mogę skupić się na przyjemności z samej jazdy i łatwiej znajdować miejsca na dobre ujęcia filmowe i zdjęciowe.

Znowu miałem do pokonania kilka rzeczek, w tym jeden spory strumień, rwący, mętny i głęboki, a zaraz potem błotniste, strome zbocze, na którym stała grupka lokalsów i pełna radosnej antycypacji obserwowała moje poczynania. Z dumą mogę stwierdzić, że Potwór + my humble self pokonaliśmy przeszkodę w stylu agresywnego enduro, co lokalsi wynagrodzili high fives. Ale najadłem się nieco strachu.

Do Muang Pak Seng dotarłem wczesnym popołudniem. Znalazłem uroczy, praktycznie pusty guesthouse z pięknym widokiem na rzekę (i to za całe 7 USD).

Muang Pak Seng. Widok z guesthouse’owego balkonu.

Wieczorem, w poszukiwaniu kolacji, przez chwilę nawet brałem udział w lokalnej imprezie – przez jakieś 30m dawałem z siebie wszystko i byłem strasznie miły i otwarty, ale potem pożegnałem się grzecznie i wróciłem do siebie, lekko wyczerpany. Świat jest o wiele przyjemniejszy bez kontaktu z ludźmi, nawet tak przyjaznych jak laotańczycy.