2021-03-26.

Ustawiłem sobie w Todoiście cotygodniowy task na pisanie dziennika, bo to się tu dzieje ostatnio (nic) jest absolutnie nie do przyjęcia.

Praktycznie każdy weekend spędzam teraz na farmie z Anong. Na farmie panuje totalny chillout, dookoła wzgórza (co prawda teraz schowane pod chmurą kurzu i dymu, jako że lokalni farmerzy z upodobaniem stosują metodę slash-and-burn, ale to się niedługo skończy), lasy i wioskowy Laos. Okazjonalnie biorę udział w różnych farmowych działaniach, e.g. zbieranie tamaryndowców na konfiturę i ich późniejsze łuskanie, łapanie perliczek, które uciekły z kurnika, czy siekanie warzyw na kiszonki, ale zasadniczo nie dzieje się tam za wiele. Wieczorem cykady, żaby i chłodny wiatr od wzgórz, pełna sielanka.

Poza tym regularnie pływam na ryby na Mekong. Łódź, o której pisałem wcześniej ostatecznie została kupiona przez moją partnerkę i regularnie wyprawiamy się wieczorami na połowy. Co prawda przyznam, że brat Anong i jego kumpel radzą sobie z łowieniem o wiele (wiele) lepiej ode mnie. Natomiast kilka godzin na Mekongu po zmroku, nawet jeśli efektem tych kilku godzin jest kilka rzecznych krewetek i mały piskorz (na przynętę), to doświadczenie absolutnie niepowtarzalne.

Dwa tygodnie temu udało mi się zaszczepić. W piątek rano dostałem na WA wiadomość od Anong, że jest w szpitalu i czeka na zastrzyk. I czy może niechciałbym? Chciałbym. Ekspresowo wykaraskałem się z łóżka i po szybkim śniadaniu i jeszcze szybszym prysznicu pojechałem do szpitala. Tam trochę oczekiwania, ale ostatecznie udało się, dostałem pierwszą dawkę Świniopharmu. W kwietniu kolejna. Laos całkiem nieoczekiwanie idzie ze szczepieniami jak burza. I jak do tej pory nie ma ani jednej ofiary śmiertelnej z powodu zakażenia Covidem. I są to statystyki potwierdzone przez WHO, więc pojawiające się czasami głosy, że są to dane niegodne zaufania, można uznać za indukowane postkolonialnymi kompleksami i casualowym rasizmem. Jakiś cudem tutaj udaje się praktycznie całkowicie zamknąć kraj na rok, podczas gdy w innych krajach w samym środku eksplozji nowego wariantu wirusa w UK, organizuje się dodatkowe samoloty, żeby z rzeczonego UK przywozić lud pracujący, którego, rzecz jasna, nie zamyka się potem w kwarantannach. W Lao od prawie roku mamy jedynie kilka inbound lotów miesięcznie i wszyscy przylatujący bez wyjątku trafiają na dwutygodniową kwarantannę. Są też inne czynniki, zarówno kulturowe, jak i klimatyczne, natomiast myślę, że przede wszystkim działa lockdown.

Zacząłem też nowy projekt dla konsultingowego giganta DXC. Udało mi się wszystko załatwić bez ruszania się na krok z Laosu. Oby była to zapowiedź nowych czasów, w których praca zdalna z dowolnego miejsca na ziemi jest czymś tak naturalnym, że nawet nie wartym wzmianki.

Napisała do mnie Dr. Eva, pani z Niemiec, z którą timeshare’owałem dom w Khanom i której psami – Suryą i Baalą (Baalem, de facto) zajmowałem się kilka miesięcy. Psy u znajomych Szwajcarów na Samui, a Eva w Niemczech czeka na koniec pandemii, by zacząć kursować między Kathmandu a południową Tajlandią. Jednak miałem masę szczęścia przenosząc się do Laosu na początku zeszłego roku. Nie wiem, czy wytrwałbym rok pandemii w Polsce dobrozmiennej.

Po dokładnie roku zdecydowałem się sprzedać XRkę. Było fajnie, nauczyłem się dużo o motorach, ale czas na coś bardziej nowoczesnego. I tak, XRka ma już nowy dom na południu Laosu, pod Pakse, na plantacji kawy. Bardzo romantyczne. Z zabawnych historii – autobus, którym motor jechał do Pakse, zepsuł się w połowie drogi. Kolejny zepsuł się w Savannakhet. Motor wrócił do Vientianu i dopiero czwartego dnia dotarł na miejsce. Nowy właściciel znosił te przeciwności losu ze stoickim spokojem i cierpliwie czekał na motor. Wielki plus dla niego.

Poniżej pożegnalna galeria.

XRka pod Wat Aphay.

XRka pod Wat Aphay.

XRka – detale.

XRka – detale.

XRka – detale.

XRka – detale.

XRka – detale.

XRka – detale.

Leave a Reply