Ostatnie tygodnie w większości pod znakiem mniejszych albo większych lockdownów, ale sytuacja powoli zaczyna się stabilizować. Dostaliśmy świeżą dużą porcję szczepionek z Chin i aktualny target to 70% zaszczepionej populacji do końca roku.
Wiadomo już, że to za mało, niezaszczepione pasożytnicze imbecyle, których nie brakuje w Europie, napędzają kolejne fale pandemii i (niestety) kolejne mutacje. Natomiast w LA wystarczy to do wyszczepienia 80-90% populacji dużych ośrodków typu Vientiane, czy Luang Prabang, które mają się w pierwszej kolejności otwierać na zaszczepionych przyjezdnych. Zresztą podobnie jak w to miało miejsce w Tajlandii.
Nawet dzisiaj wieczorem LPQ już nieco żyło, dało się słyszeć angielski, ruch na ulicach był znacznie większy niż przez ostatnie miesiące.
Nie ukrywam, że takie wymarłe LPQ bardzo mi pasowało, ale dla lokalnej populacji to było stopniowe umieranie. No i moje własne zaangażowanie biznesowe w tym mieście, zaangażowanie które stopniowo się powiększa, również zyskuje na odradzaniu się ruchu turystycznego.
Mam tylko nadzieję, że rząd – gdy tylko dostaniemy odpowiednią liczbę szczepionek – wprowadzi powszechny obowiązek szczepień, tak żebyśmy dobili do 90-kilku procent. Laotański system opieki zdrowotnej naprawdę nie ma przestrzeni na tolerowanie zmanipulowanych antyszczepionkowych półgłówków.
Bardzo podoba mi się zaostrzenie podejścia do szczepień w Austrii, Holandii i we Włoszech – tego dokładnie potrzeba i w Laosie i na całym świecie.
Z pozytywniejszej strony – przedwczoraj pojechałem na pierwszą od tygodni wycieczkę motorem. Nic poważnego, kilkadziesiąt oswojonych kilometrów, ale bardzo mi tego brakowało. Poniżej kilka zdjęć.
Poza tym, zmęczony kolejnymi zamknięciami siłowni, zamieniłem jeden z pokoi w domu ma prywatną siłownię i mam teraz osobistą bieżnię (drążek i ciężarki w drodze). Bieżnia waży ze 100 kg, do domu wnosiło ją czterech chłopa, a (software) engineer Miro budował ją z różnych części dobrą godzinę. Ale działa i daje masę radości i pozytywnych efektów.
Moje związki z Mekongiem powoli się zacieśniają. Poza zieloną łodzią, która właśnie kończy remonty w stoczni (o ile tak można nazwać to miejsce) i zaczyna nadawać się do żeglugi po – dosyć żwawym miejscami – północnym Mekongu, zamówiłem długą, wąską łódkę, których lokalsi używają do łowienia ryb. Będę się wieczorami wyprawiał na połowy – z wędkami i siecią. Co prawda najpewniej pierwsze próby rozstawienia sieci zakończą się spektakularną porażką i utratą sieci, ale mam silny focus na własnoręcznie złapane ryby i nic mi w tym nie przeszkodzi!
To będzie coś jak taka łódź z Birmy, tylko dłuższa i węższa. Oczywiście zainstaluję na niej taki silnik ze śrubą na długim wysięgniku i będę miał klasyczną “long-tail boat”.
Zresztą warto sobie przypomnieć całą galerię z Inle:
LOL, widać, że wtedy jeszcze chciało mi się robić zdjęcia… No i w sumie mogę sobie pogratulować konsekwencji. Zajęło to niecałą dekadę, ale można już powiedzieć, że tu (i.e. w szeroko pojętej SE Azji) żyję, de facto.
Mam też i poważniejsze plany co do znacznie poważniejszych jednostek pływających na rzece M, ale o nich na razie będę pisał oszczędnie (znaczy się, wcale). Tyle tu ryzyk, niewiadomych i mega-stymulujących emocji, że wolę niczego nie deklarować.
Poza tym mam nowego przyjaciela do wypraw po warzywa na bazar:

Od miesięcy pasożytowałem na Hodzie Scoopy A. i czas było wreszcie zrobić ten odważny krok i kupić własny skuter. Jakoś głupio potworem jeździć po jajka i szalotkę.
Aha, trwa właśnie Azjatycki Festiwal Filmowy Pięć Smaków! Można oglądać on-line (dzięki, Covid), bardzo polecam – jak co roku zresztą. Co prawda po 3 wymagających filmach dziennie jestem nieco intelektualnie wyżęty, ale oglądanie Azji przez pryzmat najczęściej artystycznego kina, daje mi zupełnie nowe spojrzenie na to, co oglądam na co dzień.
I na koniec mały coincidence rocznicowy. Poważnie, nie planowałem tego. Jakąś godzinę temu wypiłem nieco truskawkowego Soju, co nieco zmiękczyło mój zmęczony filmami umysł, i uznałem, że napiszę coś na YK, bo jednak po Soju pisze się najlepiej.
Otóż dokładnie dwa lata temu wsiadałem do samolotu z WAW do BKK. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że kolejne dwa lata zostanę w SE Azji, a w szczególności w Laosie. Myślałem, że raczej będę dzielił czas między Bangkok a jedną z południowych wysp Tajlandii… No, ale jak widać karma ma swój nurt i tak jak czasami, gdy nurt słabnie, można z nim powalczyć, to zwykle jednak lepiej dać się ponieść. I tą zgrabną metaforą wracamy do ww. łodzi na Mekongu i kończymy post.

