2022-05-22.

Długa cisza, ale to z kilku powodów – primo, w kwietniu Laos pokryła chmura dymu z wypalania pól i ruszałem się z domu tylko w ostateczności. Secundo nowa praca mnie niesamowicie wciągnęła. Tertio, chyba ogarnęło mnie coś w rodzaju ennui.

O toksycznym powietrzu na wiosnę w regionie pisałem już nie raz, więc nie ma co wracać do tematu. Najlepiej na kilka tygodni wyjechać – na południe Tajlandii, na południe Indii, na Lombok (albo w ostateczności Bali). Europa jeszcze nie nadaje się do życia, bo kwiecień i marzec to taka pora przejściowa między koszmarem zimy i względną normalnością lata.

Ale napiszę nieco więcej o pracy. Zacząłem właśnie czwarty miesiąc (czyli de facto skończyłem okres próbny, co jest idiotyzmem dla inżyniera oprogramowania z ponad 20-letnim doświadczeniem, ale niech im będzie), wszystko idzie super, mam rewelacyjny zespół z ludźmi z całego praktycznie świata (ze względu na strefy czasowe raczej, co prawda, z części Euroazjatyckiej), zajmuję się dosyć ciekawymi tematami. Do tego nieźle płacą, mam masę dodatkowych benefitów, mogę pracować zdalnie skądkolwiek (w granicach rozsądku ze względu na różnicę czasu – nie wiem, czy chciałbym logować się do pracy o czwartej nad ranem) i bardzo dobry life-work balance.
Po roku w PKOBP, to jest zmiana jakościowa trudna do ujęcia w słowa. Pewnie jak przesiadka z furmanki do porsche, ale nie mam pojęcia o samochodach, więc porównanie może być chybione.

Moja nowa firma to typowy fintech, ale już poza fazą start-upu, więc bez toksycznej kultury zwykle spotykanej w takich firmach. Zajmuję się jak zwykle inżynierią wymagań (analizą sytemową i biznesową), ale bardzo mocno w kontekście rynków kapitałowych. Nawet jesteśmy określani jako “financial engineers”, co ma sporo sensu i ładnie brzmi, szczególnie w zestawieniu z software albo requirements engineer. I bardzo mi się to wszystko podoba, więc mam nadzieję, że zagrzeję tam miejsca na dłużej.

Pracować mogę co prawda z dowolnego miejsca w Azji, ale strasznie mi się nie chce nigdzie ruszać. Jeden z moich ulubionych autorów sci-fi, Neal Asher, którego książki opisują zaawansowaną, zarządzaną przez AI cywilizację, która chyba kwalifikuje się jako post-human, opisuje zjawisko ennui. Ludzie wspomagani przez zaawansowaną medycynę, nanoboty etc. żyją po kilkaset lat. I zasadniczo jest super, ale generalnie gdzieś w okolicy trzeciego wieku życia, wszystko im się zaczyna nudzić, bowiem suma doświadczeń zebranych przez te sto kilkadziesiąt lat jest na tyle duża, że mało co ich jest w stanie zainteresować. Ja mam chyba podobnie – tyle zrobiłem przez ostatnie kilkanaście lat, że zasadniczo każdy nowy pomysł to “zieeew” albo irytacja. Może to po prostu kryzys wieku średniego lol, a może zmęczenie pandemią, geopolityką i tak dalej. Rozpuściłem się na tyle, że nawet nie chce mi się lecieć do Bangkoku z przesiadką w VTE, nie mówiąc już o przechodzeniu przez most Nong Khai pieszo.

Jak jebana sójka od miesięcy zbieram się do wizyty w PL – muszę wreszcie odwiedzić maman i opróżnić oraz wynająć mieszkanie na Wilczej, ale sama myśl o tym kraju wywołuje mdłości. Mam totalną awersję do Polski i polactwa, zresztą zawsze miałem, a kontekst pisowski potęguje to wykładniczo.

Mam czasem taki pomysł, że może przeprowadzę się z powrotem do Bangkoku albo na Penang, wynajmę 300-metrowe condo gdzieś na bardzo wysokim piętrze, urządzę tam sobie biuro, siłownię, pokój do czytania i słuchania muzyki, pokój do medytacji i zamknę się tam na pięć lat, ograniczając kontakty ze światem zewnętrznym do zera. Bardzo pociągająca idea. Oczywiście alternatywą byłby klasztor tajskiej leśnej tradycji, ale wkurwialiby mnie wszyscy Ci mnisi dookoła, lol.

Wracając do codzienności – w Laosie zaczęła się właśnie pora deszczowa i to tak na poważnie. Ciągle pada, jest szaro i wilgotno, masa chmur, prognozy na kolejne tygodnie pełne chmur i kropelek.

OK, kończę pisać, bo zaczyna mnie to irytować. ;-)

Leave a Reply