07-09.IX.2013 – Kathmandu.

Ostatnie trzy dni minęły, zgodnie z planem, leniwie. W sobotę spotkałem się z agentem w sprawie pozwolenia na trek w Dolnym Dolpo. Jest to jeden z tych rejonów, które w odróżnieniu od na przykład Khumbu albo rejonu Annapurny, wymagają specjalnego pozwolenia, które uzyskać można jedynie przez licencjonowaną agencję trekkingową. Pozwolenia takie potrafią kosztować całkiem sporo, na przykład pozwolenie obejmujące rejon Mustang, kosztuje 500 USD za pierwsze 10 dni, i 50 USD za każdy następny (a wykupić je można na minimum 10 dni). Dodatkowym utrudnieniem jest fakt, że w przypadku, kiedy na trekking rusza się solo, trzeba zapłacić za dwa pozwolenia. Zaprzyjaźnione agencje załatwiają wówczas – za odpowiednią opłatą – osobę, która zostaje naszym wirtualnym partenerem. W przypadku kontroli należy wyjaśnić, że partner się rozchorował i wrócił do Kathmandu.

Jako że oferta, którą agent przesłał mi mailem mocno ocierała się o absurd, byłem przygotowany na ciężkie walki. Agent okazał się jednak pełnym profesjonalistą i w nie więcej niż trzy minuty, w bardzo cywilizowany sposób, osiągnęliśmy cenę zadawalającą obie strony.

Następnego dnia uzupełniałem zapasy jedzeniowe. Głównie orzechy, suszone owoce, batony i do tego trochę kosmetyków. Wyszedłem z pobliskiego supermarketu Bhat Bhateni, nota bene vis a vis hotelu Hyatt, objuczony jak jak. Potem pożyczyłem od gospodyni wielką, blaszaną miskę, w której przygotowałem kilka kilogramów mieszanki studenckiej własnej roboty. Następnie popakowałem to wszystko w torebki strunowe z dzienną racją orzechów.

Wieczorem ciekawe zdarzenie pod stupą. Wyszedłem na plac wokół stupy, gdzie zastałem zgromadzone tłumy. Mnisi, pielgrzymi, turyści, mieszkańcy, lokalni sprzedawcy, wszyscy skupieni wokół dużego ekranu wywieszonego na ścianie budynku. Buddowie, ani chybi będzie przemawiał Dalaj Lama.

Zająłem więc strategiczną pozycję, czekając na spicz. Mijały minuty, na ekranie widać było, jak ktoś przeszukuje kolejne kanały różnych satelitów. Tłum robił się coraz bardziej niecierpliwy, ludzie zaczęli krzyczeć, ktoś wymachiwał nepalską flagą.

I wreszcie zbiorowy orgazm. Na ekranie pojawiło sie boisko, a tam drużyna Afganistanu właśnie rozbijała drużynę Nepalu. Nie muszę dodawać, że byłem potwornie zawiedziony, spodziewałem się co najmniej wyzwolenia Tybetu. Ruszyłem do domu przy wyniku 0:1.

Po drodze zabawna sytuacja. Robię kilka nocnych zdjęć starszej tybetance oferującej maślane lampki. Z jej gestów wynika, że w zamian mam lampkę zapalić… Zapalenie jednej lampki to koszt 10 rupii, a ja najdrobniej mam setkę. Płacę więc spodziewając się, że na jednej lampce się skończy, ale moja tybetanka jest honorowa. Odlicza 10 lampek i podaje mi płonący patyk. Zapalam 10 sztuk, robię pokłon do lampek, zostaję spryskany odrobiną wody, podobnie jak moje lampki, a następnie poinstruowany, że mam pokłonić się również stupie, co skwapliwie robię. Buddyzm Zen, który praktykuję, pociąga mnie daleko posuniętym minimalizmem… Mimo to, czasem atawistycznie tęsknię za ceremonialnościa buddyzmu tybetańskiego. Zresztą, nie jest to pusta ceremonialność, 10 małych lampek, a uśmiech nie schodzi mi z facjaty przez resztę wieczoru.

Następnego dnia kolejna wizyta u agenta, żeby odebrać permit. Wszystko w jak najlepszym porządku, ale zostałem uprzedzony, że patent z wirtualnym partnerem miejscami przestał się sprawdzać. Pozostaje liczyć na dobrą karmę.

Późnym popołudniem znowu zajrzałem pod stupę w nadziei, że trafię na jedną z buddyjskich ceremonii, które się tu cyklicznie odbywają. Niestety, pod stupą pustki. Wracając jednak usłyszałem głosy trąb gdzieś z bocznej uliczki. Tak trafiłem do klasztoru, gdzie odbywała się wspomniana ceremonia. Długo wahałem się, czy wejść, w końcu znalazłem angielskojęzycznego mnicha, który machnięciem ręki zbył moje obawy – wchodzisz do środka i siadasz tam, gdzie jest wolne miejsce. Tak też zrobiłem. Początkowo byłem pewną atrakcją, ale mnisi szybko wrócili dom swoich sutr. Udało mi się nagrać przeszło godzinę ceremonii, niestety bardzo cicho. Jutro spróbuje nagrać całość z nieco większą mocą.

Było to doświadczenie zarówno nieco stresujące, jak i oczyszczające. W końcu byłem jedynym obcym w sali pełnej mnichów i nie do końca wiedziałem jak zostanę przyjęty. Z drugiej strony to bracia buddyści byli wszak, więc nie spodziewałem się wrogich reakcji. Sama ceremonia podziałała na mnie tak, jak godzina zazen. Bardzo wyciszająca mimo wielu dźwięków.

One thought on “07-09.IX.2013 – Kathmandu.

  1. Pingback: Dźwiękowe krajobrazy i wspomnienia. | Yak Kharka

Leave a Reply