Budzę się pełen energii i w pełni sił. Najwyraźniej Tinidazol ubił bakcyla i mogę opuścić to nieszczęsne Sanam raz na zawsze. Szybkie śniadanie (chlebki roti z masłem orzechowym, które niosę od Kathmandu), po czym żegnam się gospodynią i ruszam w drogę. Za nocleg, trzy posiłki i masę herbaty płacę 600 rupii.
W połowie drogi na przełęcz nie mam wątpliwości – decyzja o powrocie była całkowicie uzasadniona. Za cholerę bym wczoraj na Salpa La nie wlazł, nie mówiąc już o męczącym, 3-godzinnym zejściu do Phedi. Mimo dobrej dyspozycji, do celu docieram lekko zmęczony, szczególnie końcowe, niekończące się zejście, daje mi się we znaki.
Na miejscu okazuje się, że na parterze mojego lodge’a pracuje krawcowa. Niosę więc do niej plecak – system nośny mojego Karrimora nie działa tak, jak powinien i muszę dokonać kilku poprawek. Krawcowa jest bystra, w 20 minut wprowadza moje modyfikacje, za co życzy sobie całych 20 rupii. Daję 50, mówiąc, że wykonała “a very good job”. Wygląda na bardzo zadowoloną, tak z pieniędzy, jak z pochwał.
Dostaję osobny pokój na poddaszu, ale żeby się doń dostać, muszę przejść przez dormitorium na ok. 10 łóżek. Drzwi między pokojem a dormitorium nie można zamknąć, kiedy część łóżek zajmuje grupka lokalsów, zaczynam się nieco obawiać o swoje rzeczy. Niepotrzebnie, lokalsi to grupka studentów, którzy wracają do domu. Mówią trochę po angielsku, więc przy kolacji (którą zjadamy siedząc na podłodze w kuchni) trochę rozmawiamy. Okazuje się, że są Gurungami, obok Sherpów, jedna z liczniejszych grup narodowościowych w Nepalu. Przeczytałem gdzieś, że Gurungowie to dobrzy żołnierze, często walczący w oddziałach Ghurków. Wspominam o tym moim nowym znajomym, ale początkowo nie rozumieją o co mi chodzi. W końcu załapują, z czego wynika wiele zadowolonych pomruków i kiwania głowami.
Jeden z nich wpada potem do mnie do pokoju, wymieniamy się adresami mailowymi, gość deklaruje też początek “friendship”. Może być i “friendship”, ja jestem wszak przyjazny chłopak.
