27.IX.2010 – Phedi-Chalise.

Okazuje się, że są sprawy, których przed wyjazdem nie wziąłem pod uwagę. Spawy całkiem oczywiste, takie jak słońce. Wyruszyłem jak zwykle o 0730 rano. Początkowo szło mi się nieźle, mimo że czułem nogi po wczorajszym długim dniu. Po kilku godzinach mocno zaczął dokuczać mi upał, zszedłem wszak wyraźnie poniżej 1000 mnpm, a poza tym jestem na południu Nepalu, w Teraiu, który słynie z tropikalnego klimatu.

Rzeka Arun, w której dolinie jestem, na tym etapie jestjeszcze niezwykle czysta. Po godzinie smażenia się w słońcu, robię przystanek na kąpiel – prawie pół godziny leżę w lodowatej wodzie, przyciskany przez prąd do wielkiego głazu. Zastanawiam się przez chwile, czy nie rozbić namiotu na brzegu i nie zostać tu na cały dzień (i noc). Ostatecznie ruszam dalej zgodnie z planem.

Nieco oszołomiony słońcem mijam swój dzisiejszy przystanek – Gothe Bazaar. Miejscowość musiała być na tyle mała. że nie zwróciłem na nią większej uwagi. Dopiero mijana para porterów uświadamia mi jak daleko jestem. Sugerują, ze powrót do Gothe nie ma sensu, a godzinę dalej jest wioska Chalise, gdzie będę mógł zostać na noc. Kolejna godzina marszu w koszmarnym upale nie specjalnie mi się uśmiecha, ale nie mam wyjścia – filtruję butelkę wody, zjadam trochę orzechów i suszonych owoców i ruszam do Chalise, gdzie docieram po około godzinie, mokry jak rzeczny bawół i radykalnie spalony słońcem.

Miły tubylec prowadzi mnie do prywatnego domu, który najmuje też pokoje podróżnym. Dostaje prosty pokój z kilkoma łóżkami, gospodyni robi mi bardzo dobrą masala tea, pod wieczór dostaje też konkretną porcję dal bhaat.