Poranek w najmniejszym nawet stopniu nie zapowiada jednego z najbardziej emocjonujących dni tego wyjazdu. Zrywam się o 0600, żeby zdążyć na pierwszy autobus do Na’in, skąd mam złapać kolejny, do pustynnego Khour. Hotel daje mi darmowy transfer na dworzec autobusowy, co jest kolejną miłą niespodzianką z ich strony i z czego skwapliwie korzystam. Co prawda okazuje się, że autobusu o 0800 nie ma, a kolejny odjeżdża o 1000, jestem więc 2.5h za wcześnie.
Nie zrażam się jednak, zjadam zaległe śniadanie w dworcowej spelunie, po czym spędzam czas na konwersacjach z poznanym na dworcu studentem – przyszłym inżynierem-konstruktorem maszyn. Dostaję od niego w prezencie kilka irańskich pocztówek motywacyjnych – słodkich widoczków z perskimi hasłami. Nic specjalnego, ale zapominam o obowiązującym tu zwyczaju – przed przyjęciem czegokolwiek trzeba ze trzy razy odmówić. Taka lokalna kurtuazja – wielokrotnie byłem świadkiem jak taksówkarz nie chciał przyjąć pieniędzy od pasażera. Nawet przez chwilę myślałem, że to taki przyjazny naród, co precz odrzucił materializm.
Rozmowa schodzi na filmy. Bardzo chwalę “Rozstanie”, co sprawia mojemu rozmówcy wyraźną przyjemność. Pyta, czy widziałem ceremonię rozdania Oskarów. Nie widziałem, ale jak się wkrótce okaże, pytanie nie bez powodu, bowiem w autobusie kolega inżynier wyciąga laptopa, podaje mi jedną słuchawkę i zaprasza na seans. Oglądamy więć ceremonię – wraz z nogą A. Jolie. Potem obowiązkowe rodzinne zdjęcia, na szczęście tylko jeden album.
Nieco przez Na’in daję kierowcy znać, że to mój przystanek. Zostaję wysadzony na smętnym rondzie na przedmieściach, brak dworca autobusowego, czy choćby przystanka. Po chwili zatrzymuje się obok mnie taksówkarz i po krotkiej rozmowie wiezie na kolejne rondo, w miejsce, gdzie stają autobusy do Khoor. Znowu dzikie przedmieścia, na domiar złego zaczyna padać. Niedaleko ode mnie zatrzymuje się wielka ciężarówka, akurat 1300, więc kierowca odprawia modły. Potem zaczepia mnie i pyta dokąd jadę – odpowiadam, że czekam właśnie na autobus do Khoor. Nie będzie żadnego autobusu – mówi – jedź za mną (wszystkie dzisiejsze, i w ogóle większość moich rozmów w Iranie to mieszanina gestów, łamanego Farsi (as per rozmówki angielsko-farsi), angielszczyzny i potężnej dawki dobrej woli).
Nie trzeba mnie zachęcać, autostop w Iranie brzmi jak coś, o czym można opowiadać wnukom. Już w kabinie okazuje się, że gość co prawda nie jedzie do samego Khour, ale gdzieś w tamtym kierunku. Wyciąga mapę i pokazuje, gdzie dokładnie mnie wysadzi. Do celu zostanie mi jakieś 90 km, co jest zdecydowanie lepszym wynikiem niż 250. Początkowo jest bardzo miło, zostaję poczęstowany herbatą, papierosem, pestkami dyni, rozmawiamy o Polsce i Iranie. Jednak te tematy szybko się nudzą i kierowca na tematykę erotyczną, której będzie trzymał się już do końca podróży. Tylu porozumiewawczych spojrzeń, wulgarnych gestów, uśmieszków i erotycznych sugestii nie widziałem nigdy w tak krótkim czasie. Trochę zaczynam się niepokoić, kiedy pyta mnie, czy mam chłopaka, a następnie – rysując na marginesie gazety i wyszukując wyrazy w moich rozmówkach persko-angielskich – chce dowiedzieć się o rozmiar członka u Polaków (oczekiwana jest również demonstracja). Długo się z nim męczę, nie chcąc niespodziewanie znaleźć się na poboczu drogi, wreszcie tłumaczę, że religia nie pozwala mi dyskutować na takie tematy. Jaka religia – pyta. Odpowiadam, że buddyzm, mając nadzieję, że gość wie tyle o buddyźmie, co ja o prowadzeniu TIRa. Trochę go to uspokaja, ale i tak co i rusz próbuje podjąć temat.
Ostatecznie obywa się bez próby homoseksualnego gwałtu. Cały i zdrowy zostaję wysadzony na stacji beznynowej nieopodal miejscowości Chopanan. Tam pytam o dalszy transport kilku kierowców, ale odmawiają. Dopiero kolejny zgadza się mnie zabrać. Ciężko nam się porozumieć, więc co i raz dzwoni do swojej żony (czy może siostry), która dzielnie tłumaczy naszą konwersację. Okazuje się, że i on nie jedzie do Khoor, ale wysadzi mnie gdzieś po drodze. Moja – zdalna – tłumaczka, gorąco mnie prosi, żebym natychmiast powiedział jeśli czegokolwiek mi trzeba, potrzebuję pomocy etc. W takich momentach faktycznie ujawnia się irańska gościnność i chęć pomagania przybyszom.
Kierowca wysadza mnie na posterunku policji drogowej. Natychmiast zajmuje się mną czterech policjantów, w tych dwóch posługujących się całkiem niezłą angielszczyzną. Sprawdzają mój paszport, po czym wynoszą ze strażnicy niewielki fotel, który stawiają w cieniu, częstują lemoniadą (a ja ich papierosami) i zaczyna się rozmowa. Skąd, dokąd, dlaczego, co myślę o Irańczykach, czy Polacy uważają ich za terrorystów etc. W pewnej chwili z głównego budynku wynurza się wąsaty policjant, zaintrygowany całym zamieszaniem. To nasz szef – mówią moi nowi koledzy. Szef kiwa głową w moją stronę i pyta kto ja jestem. Jeden z policjantów idzie się wytłumaczyć, podczas gdy reszta zaczyna żartować – “złapaliśmy terrorystę, szefie”, mówi jeden z nich, po czym rechoczą wyraźnie rozbawieni tym żartem. Staram się robić dobrą minę do tej gry i również się śmieję – może nieco wymuszenie. Z dalszych rozmów wynika, że większość z nich jest po studiach, w policji drogowej muszą odpracować dwa lata służby wojskowej. Stąd dobra angielszczyzna.
Policjanci przez jakieś 20 minut szukają dla mnie “nice car”, wreszcie pytają, czy nie zechciałbym może pojechać zwykłą ciężarówką. Zgadzam się ochoczo i w asyscie mundurowych zostaję zaprowadzony do kolejnego TIRa. W środku dwójka kierowców, początkowo są nieco zaniepokojeni moją obecnością, szczególnie, że jeden z policjantów zrobił im bardzo długi wykład przed odjazdem, ale po paru minutach miękną. Dostaję herbatę, gumę do rzucia i papierosa. Co prawda nie palę, ale w podróży warto mieć ze sobą paczkę, i czasami dla towarzystwa zapalić, co bardzo pomaga przełamać lody i międzykulturowe bariery. Chłopaki mają w kabinie zainstalowany przenośny odtwarzacz DVD. Po herbacie i kilku minutach oswajania się z nowym pasażerem, proponują film. Zgadzam się bez wahania, oczekując lokalnej opery mydlanej. Wulgarny gest kierowcy szybko wyprowadza mnie z błędu – oglądamy Rocco Siffredi w “True anal atories, vol. 22”. Nie wiem, czy kiedykolwiek byłem w bardziej absurdalnej sytuacji: jadę stopem, tirem, w państwie teokratycznej dyktatury, ze mną dwóch zarośniętych Persów o emploi niezłych zakapiorów, oglądamy włoskie hard porno, co jakiś czasm wymieniając lubieżne uśmiechy i mrugnięcia (tak, i ja podejmuję tę samczą grę, nie będę przecież z nimi dyskutował o feminiźmie).
W tej wesołej kompanii docieram do ronda pod Khoor, skąd obiera mnie jeep lokalnej agroturystyki. Jej właściciel ogłaszał się na jednym z forów podróżnych – rozmawialiśmy kilka dni wcześniej przez telefon i obiecał załatwić mi wielbłądy na pustynną eskapadę. Dzień był pełen wrażeń, rzadko kiedy tak aktywnie udzielam się towarzysko, i mam ochotę wyłącznie na łóżko, prysznic i kilka spokojnych, wieczornych godzin z książką i muzyką w uszach. Niestety znów nie mam szczęścia. Na dziedzińcu tłum ludzi, mój człowiek od wielbłądów mocno zagubiony. Proponuje, żebym pojechał z grupą młodych Irańczyków nad słone jezioro. Ciekawość pokonuje zmęczenie i jedziemy. W środku niewielkiego autobusu jest ok. 30 osób, gra koszmarnie głośna muzyka – lokalne remiksy europejskich kawałków dance i disco. Klimat mocno remizowy, który pewnie by mnie wciągnął, gdybym nie był tak zmęczony. Powoli jednak i mnie udziela się atmosfera – dziewczęta zrzuczają chusty i zaczynają wić się w rytm muyzki w wąskim przejściu między fotelami. Impreza rozkręca się z każdym kilometrem. Uspokaja się tylko na policyjnych punktach kontroli, gdzie chusty wracją na głowy, wszyscy zapinają pasy, a muzyka nieznacznie cichnie.
Słone jezioro okazuje się być jeziorem sezonowym, więc aktualnie mamy do czynienia wyłącznie z solą. Tworzy ona intrygujące, organiczne kształty – miejscami przypomina rzeźbione wiatrem pola śnieżne, miejscami wygląda jak przekrój przez tkankę na poziomie komórkowym. Zachodzi słońce, wizualnie jest spokojnie, wręcz błogo. Brak jakichkolwiek struktur, na których można zatrzymać oko uspokaja, choć spodziewałem się, że – dla osoby przyzwyczonej do nieskończonej złożoności gór – będzie irytujący, czy zwyczajnie nużący. Sielanka nie trwa długo, ktoś rozpala ognisko, ktoś inny wyciąga z autobusu ogromny boombox i impreza trwa dalej. Jako że party animal umarło we mnie z głodu wiele lat temu, niezbyt mnie cieszy taki rozwój sytuacji. Zostaję jednak poczęstowany mocnym drinkiem – wódką z sokiem. Kontrabanda przemycana z Arabii Saudyjskiej, rzecz na mocnym nielegalu. Co tylko zwiększa urok konsumpcji po dwóch tygodniach przymusowej abstynencji. Biorę swój kubek i idę w pustynię patrzeć na gwiazdy, których mamy tu zdecydowaną nadpodaż. Kiedy wracam, impreza powoli dogasa. Na ogniu grzeje się wielki czajnik, po chwili dostaję herbatę.
Powrót w autobusie obok uroczej Teheranki – Layli. Dobrze nam się rozmawia, co tylko częściowo jest zasługą wielkich, czarnych oczu o migdałowym kształcie, w które natura wyposażyła moją interlokutorkę. Dochodzimy nawet do momentu, w którym zaczynamy wymieniać się namiarami, ale autobus akurat dojeżdża na miejsce, trzeba wysiadać i giniemy sobie w tłumie. Mój gospodarz mnie wyraźnie olewa, muszę go przycisnąć o coś do jedzenia i miejsce do spania. Okazuje się też, że wielbłądów nie ma i będą najwcześniej w piątek popołudniem. Sugeruję, żeby załatwił coś przez noc, bo jutro chcę być w siodle.
Ostatecznie spędzam noc 40 km od Khoor, w tradycyjnym domu z cegły błotnej – podobnym do tych, których ruiny widziałem w Kharanaq. Zawozi mnie tam para sympatycznych irańczyków z Yazd, którzy przyjechali tu na weekend. Mam swój pokój z żebrowanym, okopconym stropem i masą dywanów na podłodze. Jest też prysznic! Sielanka trwa do 0900 nastęnego rano, kiedy to niewielki dom zostaje opanowany przez kilkuosobową grupę. Okazuje się, że właśnie zaczął się długi weekend – jedno ze świąt religijnych plus dwa dni standardowo wolne (czwartek i piątek).
Przedpołudnie mija na wycieczce w okoliczne góry. Wchodzę na szczyt górujący nad miejscowością – z góry okazuje się, że to niewielka oaza. Na górze irańska flaga i znakomity widok na pustynię. Schodząc wypłaszam ze skał żółte, psowate zwierzęta – pustynne wilki albo szakale. Bardzo płochliwe, trudno im się dokładnie przyjrzeć, ale ale długie, wąskie pyski przemawiają za szakalami, co później potwierdzą lokalsi.
Mój człowiek od wielbłądów przesyła SMSa. Bez zmian, wielbłądów nie będzie aż do piątku. Wracam do Khoor z tą samą parą, z którą jechałem wczoraj wieczorem i robię gościowi wielką awanturę. Potem pakuje się i wracam do Yazd. To już drugi raz, kiedy próba zrobienia czegoś outdoorowego w Iranie mi się nie udała. W perspektywie mam jeszcze Damavand i być może trek szlakiem Asasynów, ale już nie robię sobie dużych nadziei.
Z perspektywy widzę (bo tę notatkę przepisuję z niemal 2.5 rocznym opóźnieniem), że niepotrzebnie tak kurczowo trzymałem się planu… Spędzenie jeszcze kilku dni na imprezach z Irańczykami i nawet odpuszczenie tego pustynnego rajdu na wielbłądach z całą pewnością by mi nie zaszkodziło, a wiele mógłbym się dowiedzieć – o kraju i o ludziach. Nie lubię podróżować zupełnie ad hoc, ale w Iranie uświadomiłem sobie, że za bardzo planuję i za mało mam elastyczności, jeśli chodzi o zmiany tych planów.
W Yazd problemy ze spaniem, na długi weekend zjechały tutaj tłumy. Udaje mi się dostać łóżko w dormitorium w tym samym hotelu, co wcześniej. Nieco hałaśliwie, bo okna wychodzą na główny dziedziniec, ale za to cały pokój mam dla siebie.
