26.X.2010 – Kathmandu-Lukla-Namche.

Ostatnie dwa dni w Kathmandu nieco mnie zmęczyły – wypoczęty, zregenerowany i pełen chęci do działania, nie do końca mogłem sobie znaleźć miejsce. Sporo czytałem, przepisałem trochę notatek, chodziłem po Stupie i okolicach, ale wyraźnie miałem już ochotę znowu znaleźć się w górach.

W wieczór przed wyjazdem tradycyjnie poszedłem do stupy zapalić maślane lampki w intencji udanego treku. Bardzo mi się podoba ten zwyczaj – dwie małe lampki przed wyjazdem, jedna duża po. Potem wraciłem do lodge’a, żeby zrobić kolejną rezerwację (chcę tutaj wrócić po zakończeniu wędrówek), rozliczyć się z właścicielką, zamówić taksówkę na iście diabelską porę – 0445 – i udać się spać.

Na lotnisku jestem za wcześnie i przez godzinę czekam na otwarcie drzwi do hali odlotów. Na domiar złego wczoraj wtarłem sobie nieco lokalnego kurzu w prawe oko, które na wszelkie mocniejsze impulsy (wiatr, mocne światło, zmiana temperatury) reaguje strumieniem łez. Lotnisko w końcu budzi się do życia i momentalnie zaczyna się piekło – przepychanki, chaos i ogólna rozpierducha. Niewyspany, zapłakany i mocno poirytowany przebijam się do check-inu. Łokcie i kaprawe oko dają mi sporą przewagę w tej walce. Dostaję boarding pass i nadaję bagaż. Biorąc pod uwagę to, co dzieje się wokół, jestem gotów zakładać się o znaczące sumy, że mój plecak poleci do Tumlingtaru albo Pokhary. I to w najlepszym przypadku.

Dziesięć minut później siedzę w malutkim Twin Otterze. Bardzo przytulny samolot – po jednym rzędzie miejsc po każdej burcie, mieści 12, może 14 osób. Do tego silniki znacznie cichsze niż się spodziewałem. Pogoda dobra, więc lot mija bez niespodzianek – po ok. 30 minutach lądujemy na pochyłym pasie w Lukli. Chociaż nie, lądujemy to zbyt łagodne słowo – uderzamy w niego z impetem, który wydaje się przesunąć górotwór pod nami. Otter jakimś cudem nie rozpada się na części pierwsze. W chwilę później nawet odlatuje z powrotem do KTM. Wypatruje smugi dymu na horyzoncie, ale bezskutecznie – najwyraźniej te samoloty należy w ten sposób traktować.

Odbieram bagaż – o dziwo, doleciał na miejsce – i ruszam w poszukiwaniu miejsca, gdzie mógłbym się lekko przepakować. Chcę schować aparat, wyciągnąć kij trekkingowy i mapę, przy okazji rozważam też śniadanie. Zaraz obok lotniska German Bakery. Gut. Wchodzę do środka i zerkam na menu – kawa 200 rupii, kanapka 350, słodkie bułeczki i inne precle 150-200. Ach, więc jednak, trafiłem do świątyni konsumpcji. Dni przeżyte za 600, czy 800 rupii muszą odejść w niepamięć. Przepakowuję się szybko i opuszczam piekarnie nie ukrywając niesmaku. Daję spokój lodge’om, restauracjom i hotelom, kierując się prosto do bhatti dla porterów. Nie mówią po angielsku i są nieco zaskoczeni moją obecnością, ale dostaję dwie herbaty i dwie samosy za cenę połowy precla w piekarni u Szwaba. Jakiś czas potem powtarzam manewr w jednej z miejscowości po drodze do Namche – lokalsi znów zaskoczeni, ale chyba sprawia im przyjemność, że nie traktuję prostego bhatti jak siedliska zarazy, które trzeba omijać szerokim łukiem.

Zaraz po samosach z herbatą wyruszam z Lukli. Na rogatkach, zaraz przez bramą Kani, zatrzymuje mnie żołnierz i sprawdza legitymację TIMS i bilet do parku narodowego. Dzisiaj minę jeszcze dwa takie posterunki i na każdym zostanę dokładnie sprawdzony. Poważnie tu podchodzą do formalności. W drodze pod Makalu musiałem się wręcz prosić o rejestrację.

Droga do Namche bez przygód. Po rekuperacji w KTM am mnóstwo energii i srodze daję z buta. Na miejscu jestem w 4.5h. Po drodze mijam kilka karawan jaków – blokują ścieżkę i redukują tempo do mocno spacerowego. Biorę sprawy w swoje ręce – z tyłu poganiam kijkiem, a jak nadarzy się okazja, wyprzedzam. Ścieżka wąska, więc czasem trzeba bujnąć jakiem, żeby zmieścić się między ładunkiem a skałą. Jak jest jak mała łódka, wyjątkowo podatny na bujanie. Z kolei przy wyprzedzaniu należy uważać na rogi – jak macha łbem w rytm kroków i łatwo może zahaczyć zbyt ufnego trekkera. Dochodzę do wniosku, ze nie ma co ryzykować i przy wyprzedzaniu przytrzymuję się rogu ręką. Jaki znoszą to spokojnie, ale przy zbyt mocnym nacisku na róg, zaczynają energicznie potrząsać głową – należy więc zwierzynę traktować delikatnie. Poganiacze nie zwracają na moje poczynania najmniejszej uwagi, dochodzę więc do wniosku, że nie mają nic przeciwko tym impertynencjom. Mnie z kolei zapasy z jakami sprawiają mnóstwo przyjemności – są to łagodne, czyste i niezwykle urocze zwierzęta.

Poza jakami tłumy ludzi, co nieco mnie zniechęca – cała dolina jest całkowicie nastawiona na ruch turystyczny. Drożyzna i komercja, tłumy porterów i guide’ów. Jak do tej pory nie widziałem nawet jednego samotnego trekkera i jedynie kilka par bez tragarzy i przewodników. Mam cichą nadzieję, że ten koszmar skończy się kawałek za Namche. Tłumy pójdą do EBC, podczas gdy ja samotnie ruszę do Gokyo.

Namche jak Lukla, tylko bardziej. Dziesiątki lodge’y, hoteli i knajp, ceny z kosmosu, tłumy pseudotrekkerów w grupach, wyrzucają pieniądze na wełniane czapki, t-shirty i podrabiane tybetańskie pamiątki. Staję w Khumbu Lodge – ponoć 25 lat temu zatrzymał się tu prezydent Carter, Jimmy zresztą. Podejrzewam, że został tu tylko na jedną noc, po czym uciekł – dają tu najgorsze jedzenie w całym Nepalu. Do tego koszmarnie drogie. Na mały, malutki plus – robią dobrą kawę.