Wymarsz z Chichila jak przed kilkunastoma dniami – naleśniki, dżem, miód, herbata i w drogę. Chichila jest położna na łagodnym grzbiecie, więc do droga do przełęczy Bhotebas jest stosunkowo wypłaszczona. Przed wyjściem próbuje rozejrzeć się za jeepem, ale towarzystwo wciąż w nastroju świątecznym.
Na Bhotebas mijam Francuzów, po czym ostro ruszam w dół – drogę już znam, więc idę skrótami przez pola i wioski. Widokowo jest umiarkowanie, klimatem nepalskim mocno już przesiąknąłem, poza tym mam trochę dość życia na szklaku – w końcu to już ponad miesiąc w drodze i tęsknię za umiarkowanymi luksusami Kathmandu.
Khandbari ogólnie rozborsuczone, wszyscy jedzą, piją, lulki palą, a na Europejczyka z plecakiem patrzą ze szczerym zdumieniem. Nie należy się tak męczyć w święto!
Nieco inną niż zwykle drogą docieram do jeepowiska w Khandbari. Jeepy śpią, kierowców brak. Nieco dotknięty idę do sprawdzonego hotelu Arun – za 350 rupii dostaję ładny pokój (z telewizorem). W łazience ciepła woda, a właściciel osobiście gotuje mi ryż z warzywami i jajkami – kucharz ma dzisiaj wakacje. Ryż okazuje się wyjątkowo dobry. Niestety, jest to jedyna potrawa, jaką potrafi gotować mój gospodarz, bo na kolację dostaję dokładnie to samo.
Ruszam na rekonesans – na każdym rogu pieką się kurczaki, praktycznie każdy ma na czole przlepione ziarna ryżu barwione na czerwono. To lokalny symbol błogosławieństwa. Przez chwile nawet chcę wpaść do jakiejś swiatyni po swój własny czerwony ryż, ale uznaje, że byłoby to z lekka manierystyczne. Ostatecznie idę do fryzjera, gdzie za 50 rupii golę się na zero. Potem wpadam do cukierni, a na koniec do lokalnego monopolowego po ćwiartkę whisky “Signature” i colę. Czas poświętować trochę.
