Droga do Lukli kolejnego dnia bez niespodzianek – tłumy trekkerów i porterów, karawany jaków plus festiwalowe ekscesy w mijanych miejscowościach. Stawiam sobie ambitny cel – dotrzeć na miejsce w 3, maksymalnie 3.5h netto (nie licząc odpoczynków). Docieram w 3h50m, z czego ok. 10 minut straciłem przepuszczając jaki przez wąskie wiszące mosty i utykając w karawanach.
Lodge w Lukli wybieram raczej z górnej półki (Mera Lodge), ale udaję mi się wynegocjować rozsądną cenę za pokój. W menu znajduję kilka rozsądnych opcji, więc udaje mi się przetrwać noc w tym gnieździe konsumpcji bez ocierania się o bankructwo. Poza jedzeniem i spaniem oddaje się lekturze. Lodge ma niewielką bibliotekę, na którą spadam jak drapieżne ptaszysko. Obok klasycznych pozycji okołoeverestowych – m.in. Touching the Void Jona Simpsona i Into Thin Air Krakauera – trafiam na klasykę sci-fi – Deathworld 2 Harry’ego Harrisona. Czytałem kiedyś, ale z przyjemnością zagłębiam się po raz kolejny… Po kilku godzinach Harrison zostaje skonsumowany, więc biorę się za Simpsona, który towarzyszy mi też przy śniadaniu kolejnego dnia. W roztargnieniu biorę go ze sobą do samolotu (doprawdy, człowiek robi się taki roztrzepany na wysokościach).
W nocy budzą mnie szczury rozszarpujące opakowanie po kokosowych herbatnikach, które położyłem obok łóżka. Cała Lukla.
