02-03.X.2014 – Rangamati i zalew Kaptai.

Jak można się spodziewać, Chittagong opuszczam bez żalu. Autobusy do Rangamati odjeżdżają praktycznie spod hotelu. Do tego mój odjeżdża z zaledwie 15-minutowym opóźnieniem, a na miejsce dociera jedynie pół godziny po czasie. W porównaniu z ostatnimi doświadczeniami jest to podróż wręcz modelowa.

Im bliżej Rangamati, tym bardziej zielony i pofałdowany robi się teren, pojawiają się pierwsze wzgórza, wegetacja nabiera intensywności. Mijane wioski też jakby nieco schludniejsze, choć może to zwyczajnie autosugestia. Kierowca wysadza mnie pod samym hotelem, hotel z kolei stoi nad samym zalewem, właściwie to na zalewie. Mój pokój jest w części zbudowanej na betonowych palach wbitych w dno. Widoki z okien urocze.

Historia samego zalewu nieco mniej urocza. Wzgórza, przez które płynie rzeka Karnaphuli, od niepamiętnych czasów zamieszkiwane były przez ludy z grupy Adivasi (co się tłumaczy jako ludzie wzgórz). Pod tą kategorią kryje się szereg różnych narodów i plemion, z których większość ma własne języki, część też własne alfabety. Chakma, Marma, Tripura, Mru (znani także jak Murung), Bawm i kilka innych. W odróżnieniu od przeważającej większości mieszkańców Bangladeszu, Adivasi są buddystami (Theravada), chrześcijanami (jeśli wierzyć Chakmom, z którymi rozmawiałem, działalność misyjna we wzgórzach CHT jest dosyć intensywna, sam natknąłem się siostrzyczkę w ciemnoniebieskim habicie na rynku w Bandarban) lub – w przypadku Tripura – praktykują hinduizm. Wizualnie też zdecydowanie bliżej im do Birmańczyków niż Bengalczyków

Podczas rządów brytyjskich, Adivasi mieli prawo do posiadania ziemi i byli traktowani jako samodzielny naród. Sielanka skończyła się w czasach Wschodniego Pakistanu, kiedy te prawa zostały odebrane, a tama na rzece Karnaphuli spowodowała powstanie zalewu, który przykrył znaczną część ziem uprawnych Adivasi. Około stu tysięcy musiało migrować w poszukiwaniu nowych ziem, głównie do Indii. Potem było tylko gorzej, podczas wojny o niepodległość Bangladeshu w 1971 roku, król Chakmów stanął po stronie Pakistanu. To nie mogło dobrze wpłynąć na dalsze stosunki między Adivasi a niepodległym Bangladeszem, którego częścią się stali.

Do tego dodać trzeba coraz intensywniejszą migrację Bengalczyków na tereny Adivasi, którzy po powstaniu zalewu Kaptai na nadmiar ziemi nie mogli narzekać. Wkrótce wybuchło powstanie i rozpoczęła się regularna wojna partyzancka. Po stronie Adivasi oddziały Shanti Bahini, po drugiej armia bangladeska. W ramach przeciwdziałania ruchom niepodległościowym pod koniec lat 70-tych, na tereny CHT, przesiedlonych zostało 400 tysięcy Bengalczyków. Wojna trwała jednak aż do 1993 roku, a napięcia utrzymywały się jeszcze długo później.

Pierwsze popołudnie w Rangamati spędzam na leniwym rozglądaniu się i robieniu zdjęć tubylcom pry różnych pracach. Przy okazji trafiam na lokalny targ bydła – nie wspominałem wcześniej o czekającej setki tysięcy byków hekatombie, która wydarzy się szóstego października.

Otóż przy okazj Eid ul Adha, święta upamiętniającego zabicie w ofierze przez Abrahama swojego syna Ismaela, miliony muzułmanów zaszlachują miliony byków. Ciężkie i duszne starotestamentowe klimaty. I tak już w trakcie podróży Mymensingh, mijałem dziesiątki ciężarówek do granic możliwości wyładowanych bykami. Na przedmieściach Daki przejeżdżałem przez ciągnące się setkami metrów targowisko z tysiącami sztuk bydła. W każdej mijanej miejscowości natknąć się można na mieszkańców prowadzących wzdłuż drogi dopiero kupione zwierzęta. Skala zbliżającej się rzezi jest trudna do pojęcia.

Rangamati położone jest na kilku wyspach, które dawniej były szczytami okolicznych wzgórz. Linia brzegowa też nosi ślady tego górskiego dziedzictwa, pełna jest nerkowatych zatoczek, porośniętych wodną lilią. Przy brzegach kryte blachą falistą domy na palach, masa łodzi, łódek, małych statków, promów etc. Pod koniec dnia docieram do głównej atrakcji turystycznej miasta, wiszącego mostu. Jak to bywa z takimi atrakcjami, klimat raczej wymuszony, daje się wyczuć lekki marazm i zniechęcenie. Po drugiej stronie mostu znudzone kobiety próbują sprzedawać lokalne rękodzieło.

Kolejny dzień w Rangamati potoczył się zupełnie inaczej niż miał. Zaplanowana wczoraj wycieczka małą łodzią do wodospadu Shuvalong nie wypaliła – gość, z którym miałem płynąć, poznany wczoraj właściciel agencji turystycznej z Dhaki, niejaki Sayem, wystraszył się porannego deszczu i zrezygnował. Pojechałem więc dzielonym CNG na przystań Reserve Ghat, żeby regularnie kursującym statkiem (tutaj nazywają się one service boat)dopłynąć do Shuvalong – miejscowości, a stamtąd szukać transportu do wodospadów.

Prawdę mówiąc bardziej od wodospadów interesowała mnie podróż po jeziorze. Sceneria jest niebywała – setki małych wysepek, nieraz naprawdę mikroskopijnych, pływające wyspy kolonii lilii wodnych (zwane tutaj Shapla, to chyba jeden z narodowych symboli, bo w każdym prawie mieście jest Shapla Circle, czyli Rondo Lilii Wodnej), wąskie i kręte wąwozy, które niegdyś były górnymi piętrami tutejszych dolin, porośnięte wprost dziko, soczyście zieloną roślinnością. Topograficznie jest to fascynujące i ciekawsze nawet niż Inle, moje ulubione jezioro w tej części świata. Na tych wszystkich skrawkach lądu zwykle stoją jakieś siedliska, czasem zwykłe trzcinowe chaty, czasem domy na palach.

Na statku poznaję kolejnego Chakmę – Bindu. Bindu mówi znośną angielszczyzną i chyba przypadam mu do gustu, bo zaprasza mnie do domu na obiad. Na rzeczy może też być to, że zapytany o religię, deklaruję się jako Buddysta. Chakmowie to zazwyczaj buddyści, poza tym w Bangladeshu wspólna przynależność religijna/duchowa wydaje się mocno ułatwiać budowanie znajomości. Może na zasadzie opozycji do dominującego islamu.W Shuvalong dzień targowy, aż żałuję, że jesteśmy tam tylko chwilę, bo mam na miejscu przekrój przez wszystkie ludy Adivasi. Z przystani odbiera nas ojciec Bindu, emerytowany nauczyciel. Małą łodzią z silnikiem płyniemy przez ok. 10 minut, po czym docieramy do domu uroczo położonego na dawnej grani, jakieś 10 metrów nad lustrem wody. Z obu stron ciche zatoczki, otoczone porośniętymi stokami. Bambusy, bananowce, drzewa guavy. Zostaje poczęstowany lokalnym specyfikiem – ryżem ugniatanym z kokosem i bananmi, zawiniętym w liść bananowca, a następnie pieczonym w bambusowych tulejach. Bardzo to smaczne, będę musiał zrobić w domu, pytanie, skąd wezmę liście bananowca w Warszawie?

Na tej samej grani jeszcze dwa domy, jeden opuszczony, drugi zamieszkany przez szwagra mojego nowego kolegi. Idziemy tam w odwiedziny, gospodyni częstuje potężną bambusową fajką wodną, typową dla Chakmów. W fajce tytoń. Robię sobie pamiątkowe zdjęcie z fajką, a potem biorę się za fotografowanie gospodyni. Ta specjalnie dla mnie ubiera się w narodowy strój. Czas płynie niezwykle leniwie, miejsce ma tak uspokojoną aurę, że to spowolnienie aż niepokoi, wywołuje jakiś dysonans poznawczy.

Potem obiad. Przy stole jedynie ja i pan domu. Ryż z jajkiem, cudowna suszona ryba i kurczakowe curry. Na deser jabłka i pomarańcze. Słońce nie daje chwili wytchnienia, więc podczas jedzenia żona, a potem starsza córka chłodzą nas wachlarzami. Podział ról w tej rodzinie nie ulega wątpliwości. Beata Kempa byłaby w siódmym niebie, macki ideologii gender nie sięgnęły jeszcze tej części Bangladeszu. Choć warto pamiętać, że o równouprawnieniu kobiet Sattyajit Raj, najbardziej znany bengalski reżyser, robił filmy już w latach 60-tych (“Big City”).

Po obiedzie rodzinne zdjęcie, po czym zostaję odwieziony na przystań, wsadzony na odpowiedni statek (only big boat, small boat not good for foreigner), wyposażony w wodę do picia – czuję, że jestem pod dobrą opieką.

Wieczorem jeszcze wizyta w lokalnej stupie i klasztorze buddyjskim – Rana Vihara. Miejsce w stylu nowoczesnym i jasełkowym, wizualnie mało atrakcyjne, ale ma dobrą atmosferę, której nie psuje nawet kiczowato łagodne om mani padme hum, non stop sączące się z głośników. Robię krótki zazen, który jest dwukrotnie przerywany przez ciekawskich tubylców, nie mogących uwierzyć, że biały cudzoziemiec może wiedzieć kto to był Budda. Kochani, koło dharmy dotoczyło się znacznie dalej niż myślicie!