W Khulnie zabawię krótko, zaledwie jedną noc. Pierwotnie planowałem popłynąć stąd na trzydniowy rejs po Sundarbanach, ale zniechęcają mnie do tego formuła takich rejsów – typowy packge tour dla masowego turysty, którego w dużych ilościach ładuje się na statek – oraz czas, jaki musiałbym czekać na taką wycieczkę – minimum cztery dni, a może dłużej. Jako że za cztery dni to ja już chcę być w innym kraju, bez większego żalu odpuszczam Sundarbany. Próbuję też kupić bilet na rejs do Dhaki, na jednym z niewielu pozostałych przy życiu statków typu Rocket, ale jako że nie pływają już one do Khulny (a jedynie do Morelganj i Barisal), biletów w Khulnie nie sprzedają.
Samo miasto robi za to dobre wrażenie, czyste i nowoczesne, z przyjaznymi ludźmi. Równie przyjazny hotel – Castle Salam – gdzie mają nawet basen i bar. Z braku drobnych daję boyowi 100 taka za wtarganie mojego plecaka na górę, co powoduje, że potem na mój widok rzuca się sprintem do drzwi, żeby otworzyć je kłaniając się głęboko. Przy każdej okazji wychwala też Polskę (beautiful, lovely country) i mnie (great person, sir, so very compassionate). Jak niewiele trzeba, żeby zaskarbić sobie ludzką wdzięczność i sympatię…
Następnego dnia autobus do Barisal. Kiedy pomyślę ile czasu spędziłem w bangladeskich autobusach (i pociągach), czasem nie mogę uwierzyć – podejrzewam, że w sumie będzie tego jakieś 80 godzin, może więcej. Ten autobus robi mi niespodziankę – na godzinę przed Barisal, strasznymi opłotkami, docieramy do rzeki, gdzie zamiast mostu czeka prom. W sumie żadna egzotyka, ale do tej pory nie miałem okazji płynąć tu promem samochodowym. Ponoć są też takie, co przewożą pociągi – płynąłem takim na Sycylię w dramatycznie zamierzchłych czasach.
W Barisal jadę na nabrzeże, na Rocket trzeba czekać kilka godzin, więc wybieram jeden z nowoczesnych statków, których kilka parkuje na przystani obok, MV Tipu 7. Wczesne popołudnie, ani żywej duszy, mam cały statek dla siebie. Mam też własną kajutę – wielkości psiej budy, ale z widokiem na rzekę. Odbijamy za kilka godzin, więc idę jeszcze do miasta na obiad. Barisal nie lubi obcych, czuję się tu jak w Srimangal. Za to na nabrzeżu trafiam na portową garkuchnię, gdzie serwują wszystkie ryby Bangladeshu! I są całkiem mili. Udaje mi się spróbować legendarnej elish fish, którą zachwalało mi kilka osób, między innymi Polash rozwodnik z Rajshahi. Elish fish pływa w smakowitej, pikantnej oliwie, którą pochłaniam z ryżem. Wątroba będzie miała mi to bardzo za złe. To nie była oliwa, to był olej, podejrzewam, że z silników okolicznych łodzi.
Gdy wracam na statek, zaczynają gromadzić się pierwsi ludzie. Klaruje się też podział społeczny, determinowany cenami biletów. Najtańsze, tzw. deck class, są na pierwszym pokładzie, zaraz nad poziomem wody. Tu jest po prostu spora, otwarta przestrzeń, na której porozkładane są maty i na tych matach lokują się ludzie – czasem pojedynczo, czasem całymi rodzinami. Połowę pokładu wyżej zajmuje nieco lepszy deck class, mniejszy i chyba mniej zatłoczony. Drugą połowę i cały trzeci pokład zajmują kabiny – jedno- i dwuosobowe, z klimatyzacją i bez. Żeby było bardziej interesująco, te z kilmatyzacją nie mają okien na rzekę, tylko na ciemny korytarz biegnący środkiem statku, przez co stają się delikatnie klaustrofobiczne. Dopiero na chwilę przed wypłynięciem orientuję się, że są też kabiny VIP. Niestety, albo wszystkie są już zajęte, albo ja nie kwalifikuję się na VIPa, bo obsługa nie chce mnie przenieść do takiej kabiny. Tym samym nie udaje mi się poznać luksusów, w jakich pływają bangladeskie klasy wyższe. Co ciekawe, na moim pokładzie pod koniec dnia też zaczynają się rozkładać ludzie na matach, przez co przechodzenie wąskimi korytarzami staje się dużym wyzwaniem. Pod moimi drzwiami na przykład rozkłada się chudy, brodaty starzec, bardzo sympatyczny. Ze zrozumiałych względów jedynie się do siebie uśmiechamy.
Odbijamy nieco przed dziewiątą – jeden po drugim ruszają trzy statki, co jest widowiskowe i urocze. Dużo syren, gwizdów, błyskania światłami. Potem, na rzece, tworzymy mały konwój. Niestety jest już dawno po zmroku, więc po opuszczeniu Barisal widać jedynie kontury miast i portów na brzegach oraz światła statku, który płynie przed nami. Obiecuję sobie wstać przed świtem, żeby oglądać Dhakę o wschodzie słońca.
Wibracje i stukoty, nie wspominając już o wątrobie walczącej z olejem silnikowym, długo nie dają mi zasnąć. Kiedy ostatecznie się uda, ze snu wyrwą mnie głosy ludzi schodzących na ląd. 0600 rano, przez chwilę mam nadzieję, że to jeszcze nie Dhaka, że to jakiś pośredni przystanek, ale GPS w telefonie jest bezlitosny – to Saderghat w Dhace. I tak, niewyspany i nie pasujący do rzeczywistości, muszę założyć plecak i wyjść prosto w ruch uliczny budzącego się do życia molocha. Bardzo trudny poranek.



