Flora jest tu mniej zróżnicowana niż fauna, albo ja z natury rzeczy zwracam więcej uwagi na wszelkiego zwierza. Są więc drzewa gumowe, z których lokalsi pozyskują kauczuk. Są nadbrzeżne mangrowce, banyany, czy też drzewa bodhi, tutaj przyjaźnie nazywane drzewami bo. Wiadomo, że drzewa bo mają specjalne znaczenie, bowiem to pod jednym z takich drzew Budda osiągnął oświecenie. Tutejsze banyany są jednak skromne, w niczym nie przypominają monumentalnych drzew, które widziałem na sawannach w Birmie, czy które rosną w Nepalu. Może to kwestia tutejszej piaszczystej gleby.
Poza tym są wszechobecne palmy kokosowe, niezwykle wysokie i strzeliste. Kokosy niedawno dojrzały i teraz jeden po drugim przegrywają walkę z grawitacją. Co jest dosyć efektowne, bo najpierw słychać głośny szelest palmowych liści, a po chwili ciszy głuche uderzenie kokosa o trawę. Rozstawianie krzeseł i leżaków pod palmami jest niewskazane. Kiedy kokos poleży trochę na trawie, wyrasta z niego mała palma. Całość jest jak naturalna doniczka z rośliną, postawiłem takie doniczki na schodach do domu.
Lasy wzdłuż plaży opanowane są przez makaki. Pierwsze zetknięcie z nimi podczas wieczornego biegania lekko mnie wystraszyło – nagle z jednego z drzew dało się słyszeć dziki szelest, jakby przez las przedzierał się co najmniej nosorożec. Przez chwilę nie byłem pewien, czy to zwierzęta uciekają przede mną, czy może to ja powinienem uciekać przed zwierzyną. Kolejnym razem małpy były już oswojone z moją osobą i ich ucieczka nie była tak paniczna. Niektóre nawet przysiadły na szczytach drzew, żeby mnie sobie obejrzeć.
Regularnie spotykam duże jaszczurki, które przypominają przeskalowane w dół warany z Komodo. Niektóre mają po 1.5 metra, wzbudzają zdecydowany szacunek swoim smoczym emploi. Z angielska nazywają się monitor lizard – właśnie sprawdziłem, po polsku to właśnie waran. Nic nie robią sobie z ludzi, cyklicznie peregrynując na plażę w poszukiwaniu krabów i ślimaków. Po drugiej stronie jaszczurczej skali znajdują się moi azjatyccy faworyci – gekony. Są małe, delikatne, niezwykle zwinne, o piaskowym umaszczeniu. Potrafią też wydawać specyficzne dźwięki, dosyć głośne jak na tak małego gada. Ich przyssawki na palczastych łapach nie działają na każdej powierzchni i czasem daje się słyszeć miękkie uderzenie – to gekon właśnie spadł z sufitu. Zdarza się, że spada na stół, przy którym siedzimy – na Sri Lance uchodzi to za dobry omen. Gekony to też dosyć aktywni myśliwi, po nocy często trafiam na skrzydła owadów, które padły ich ofiarą.
Na plaży roi się od wszelkich skorupiaków, od morskich ślimaków (bardzo zresztą smacznych, podpatrzyłem lokalsów jedzących je przy jakiejś okazji, po czym udało mi się namówić tutejsze kucharki na przygotowanie mi porcji – wyciąganie ugotowanego ślimaka z muszli budzi pierwotne, drapieżnicze atawizmy), przez kraby i pustelniki. Z krewetkami i rybami mam kontakt głównie via talerz. Kraby występują tu głównie w dwóch gatunkach, duże, niebiesko -pomarańczowe żyją samotnie, natomiast małe, z czerwonawymi szczypcami, żyją w dużych grupach, po kilkadziesiąt, a nawet kilkaset sztuk. Są niezwykle zwinne i szybkie jak na tak nieforemne istoty. Późnopopołudniowe bieganie po plaży wymaga sporej ostrożności i kluczenia między stadami uciekających krabów.
Inni moi faworyci to pustelniki. Też skorupiaki, krabowate, ale pozbawione chitynowego pancerza. Mają odwłoki tak ukształtowane, żeby mieściły się w pustych muszlach, do tego niesymetryczne szczypce, których większa para służy do zamykania otworu muszli. Targają potem swoje muszle po piasku, często zapuszczając się nawet kilkadziesiąt metrów od brzegu. W miarę jak rosną, szukają coraz większych muszli, które poddają szczegółowej inspekcji przed przeprowadzką.
