Ale po kolei – najpierw szybkie podejście z Kalatówek na Halę Kondratową. Stąd po dosyć twardym, ubitym śniegu na Przełęcz Pod Kopą Kondracką. Pod koniec podejścia śliska lodoszreń, ale nie zakładałem harszli. Z przełęczy podejście na Kopę Kondracką, tu foki za pazuchę i zjazd granią do Przełęczy Kondrackiej. Na początku nawet trochę puchu, niżej firn i trochę wystających kamieni.
Z Przełęczy Kondrackiej podejście pod kopułę szczytową Giewontu. Południowe zbocze, śnieg mokry i rozmiękły. Gorąco jak w piekle. Przy łańcuchach zostawiam narty i na szczyt wchodzę pieszo. Krzyż do usunięcia, poza tym bardzo ładnie.Potem zjazd na Przełęcz Kondracką – początkowo ześlizg żlebem, potem już normalnie. W kotle pod przełęczą zimno, bardzo zlodowaciały śnieg. Na domiar złego zaladza mi się wiązanie, co powoduje niespodziewane wypinanie się jednej z nart podczas skrętów. Efekty są kaskaderskie. Nie mam noża ani śrubokrętu, więc dokonuję brutalnego gwałtu na jednej z parkowych roślin i pozyskaną w ten sposób gałązką czyszczę wiązanie.
Na Halę Kondratową docieram bez przygód, w schronisku zasłużone pierogi i herbata z malinami. Potem szybki zjazd na Kalatówki, gdzie mam swóją własną, jednoosobową wilczą norę. Na Kondratowej na takie luksusy liczyć nie można, choć atmosfera jest tam o niebo lepsza
Pogoda przez cały dzień idealna – słońce, brak chmur, wyżej bardzo lekki wiatr. Widoki orgazmiczne, zrobiłem masę zdjęć. Powyżej schronisk niewiele osób.


