Wieczorny research jednak nieco ostudził moje zapały – wszystkie trzy opcje zjazdu ocierały się o trudności trójkowe, czyli sporo powyżej moich aktualnych możliwości. Problem stanowił prożek w dole kotła – Przechód – z którego trzeba by zeskoczyć, albo omijać trudnymi wariantami po bokach. W środku 0rzechodu została zamocowana poręczówka, z której korzystają speleolodzy, ale nie wziałem uprzęży ani przyrządu zjazdowego. Postanowiłem dać sobie spokój.
Rano zjechałem do Kuźnic po krem z filtrem, jako że po pierwszym dniu w marcowym słońcu, twarz miałem w kolorze świeżego buraka. Ten kawałek dodatkowego podejścia z Kuźnic, był dosyć demotywujący, bo po wczorajszej wycieczce mięśnie zupełnie nie miały ochoty na współpracę. Na Kondratowej nawet chciałem zrezygnować, ale ostatecznie zdecydowałem się dojść przynajmniej do Kamienia, dużego głazu na dole kotła pod Przeł. pod Kopą Kondracką.
To niechybnie zasługa schroniskowej herbaty, bo w kwadrans po wyjściu z Kondratowej znalazłem nowe zasoby energii i właściwy rytm i w dobrym czasie wszedłem na przełęcz. Z przełęczy szybkie podejście na Kopę. Tu chwila wahania i decyzja, żeby wejść na Małołączniak, następnie wrócić tą samą drogą…
Nie zdejmując fok zjechałem na Małołącką Przełęcz. Tu pojawił się dylemat – z jednej strony dalsze, męczące podchodzenie na Małołączniak, z drugiej niezywkle kuszący zjazd, o którym pisałem wyżej. Postanowiłem zjechać kawałeczek w stronę Małej Łąki i zinwestygować zjazd. Tak się to potoczyło – chwilę później odklejałem foki i przepinałem buty, a kolejną chwilę później jechałem w stronę Przechodu. YOLO.Początkowo zjazd bardzo przyjemny, choć cienka warstwa lodu na wierzchu załamywała się pod moim ciężarem, a narty wpadały w puch ukryty pod spodem. Nad przechodem pojawiły się prawdziwe problemy – warianty omijające z lewej i prawej strony wyglądały przerażająco, na zeskok też nie bardzo miałem ochotę. Podchodzenie z powrotem na przełęcz absolutnie mi się nie uśmiechało.
Wtedy zobaczyłem poręczówkę – przymocowaną do kamienia jakieś 20 metrów ode mnie. Ani chybi Buddowie mieli mnie w opiece. Poręczówka it is then. Podjechałem do kamienia, założyłem raki, przypiąłem narty do plecaka i wplątałem się w prosty klucz. W końcu w takim kluczu schodziłem kilkaset metrów z Ama Dablam, w stanie mocnego wyczerpania, więc te 10 metrów tutaj nie powinno stanowić problemu.
Faktycznie, nie stanowiło. Z dołu cała rzecz wygląda wręcz trywialnie. Pokonawszy przechód przypiąłem narty i zacząłem zjazd do małej łąki po śladach innych narciarzy. Przejazd przez gęsty las był drogą przez mękę, za to potem, na dnie doliny, było łatwo i niezwykle przjemnie.
Tak dojechałem do leśniczówki przy wejściu do doliny. Potem jakieś 1.5 km pieszo do przystanku na Krzeptówkach. Dalej bus do dworca, kolejny do Kuźnic i mogłem zalec w Yurcie, by zjeść zdecydowanie zasłużony obiad. Fakt, że musiałem później podejść jeszcze na Kalatówki był koszmarnie deprymujący, ale i tę przeszkodę udało się pokonać.Wnioski z dzisiejszego dnia: na razie unikać tójkowych zjazdów, nie wszędzie będą czekać poręczówki. I wozić ze sobą lekką uprząż, reverso i może ze 30 metrów liny.



