23.III.2011 – Aleppo

Grube ściany Barona skutecznie tłumią odgłosy aleppańskiej ulicy, szczęśliwie nie nawiedza mnie też duch Lawrence’a z Arabii – śpię więc jak mumia przez ponad 10h. Śniadanie w hotelu jednoznacznie wskazuje, że to miejsce wymaga pewnych zmian. Rozmarzam się wspominając dekadenckie uczty, przygotowane przez Beduinów z Palmyry, czy wąsatego właściciela hotelu obok Krak de Chevaliers.

Nie zrażony tym jednak ruszam eksplorować. Na głowię wiążę turban z czerwono-białej beduińskiej chusty. Wzbudza to niesłabnące zainteresowanie Syryjczyków. Ci mniej eksponowani na ruch turystyczny pytają, czy jestem Arabem – zarówno broda, jak i chusta kojarzą się bardzo lokalnie. Kilka razy zaczepia mnie lokalna młodzież – pokazują na moją głowę i mówią coś z “Arab” w środku. Na razie nie wiem do końca jakie znaczenie ma takie nakrycie głowy. Podejrzewam, że może wskazywać na przynależność do jednego z odłamów Islamu, mam też cichą nadzieję, że nie wskazuje na przynależność do Al-Qaida’y. Nie jestem przekonany, czy chłopaki przyjęliby mnie z otwartymi rękoma.

Stare miasto w Aleppo podobne do tego w Damaszku, większe tylko i nieco brudniejsze. Więcej tu za to kamiennych, czy murowanych domów, robiących wrażenie wyjątkowo solidnych. Turystów też znacznie mniej, nawet na Souqach są ich jakieś niedobitki – na większe grupy trafiam dopiero w cytadeli. W jednej z bocznych uliczek zaczepia mnie tubylec, siedzący na schodku przed jakimś warsztatem – tak w każdym razie wnioskuję po rytmicznych, mechanicznych odgłosach dochodzących z wewnątrz. Rozmawiamy chwilę, po czym pytam, czy to jego biznes? Ochoczo potwierdza, na co ja pytam, czy mogę zrobić w środku kilka zdjęć. Na to również z ochotą się zgadza. Warsztat okazuje się piekarnią – wyrabia się tutaj słodkie, biszkoptowe ciasteczka, a rytmiczne dźwięki wydaje maszyna, która przeciska gęste ciasto przez rodzaj formy i umieszcza ciastka na blachach. W środku dopada mnie wyjątkowo emocjonalny piekarz – obejmuje mnie, pozuje do zdjęć ze wszystkimi wokół, w pewnej chwili nawet całuje mnie w szyję! Obawiam się co jeszcze może mieć w planach, więc robię kilka ostatnich zdjęć i kieruję się ku wyjściu. Na drogę dostaję świeżo upieczonego biszkopta – smaczny, ale straszliwie słodki, jak większość tutejszych słodyczy.

Aby ochłonąć po wrażeniach piekarnianych, zahaczam o Wielki Meczet. Praktycznie nikogo tu nie ma, w porównaniu z analogicznym meczetem w Damaszku, miejsce jest opustoszałe. Wchodzę do sali modlitewnej i oglądam zgromadzone tam Korany – arabska kaligrafia jest absolutnie niezwykła. Przypominają mi się graffiti nad drzwiami wielu domów w okolicy, czarny obelisk z minaretem w tle – oznaczają, że mieszkaniec domu odbył pielgrzymkę do Mekki – tzw. Hajj. Takie osoby mogą tytułować się Hajji. Pielgrzymka do Mekki to jeden z pięciu fundamentalnych elementów islamu – obok wyznania wiary, oprawiania modłów pięć razy dziennie, postu i wspierania ubogich. Co ciekawe, wspieranie ubogich zostało w wielu rejonach skodyfikowane i przybiera postać podatku, który potem przekazywany jest sierocińcom, domom starców etc. Post z kolei, który trwa 29 lub 30 dni – przez cały Ramadan, czyli dziewiąty miesiąc kalendarza islamskiego, upamiętnia czas, w którym pierwsze wersy Koranu zostały objawione Mohamedowi. W trakcie trwania postu, muzułmanin od świtu do zmierzchu nie je, nie pije, nie pali i nie uprawia seksu.

Obok meczetu cytadela Aleppo. Potężna i bardzo dobrze zachowana budowla, która góruje nad całym miastem. Krążę po murach, robię zdjęcia, zaglądam do rozmaitych dziur. W pewnej chwili uświadamiam sobie, że jestem śledzony – od jakiegoś czasu krok w krok za mną idą dwie młode (bardzo młode – 14, może 15 lat) arabskie dziewczyny. Mają zasłonięte włosy, ale odsłonięte twarze. Siadam na pokruszonym murku i czekam aż się zbliża. Uśmiecham się i kiwam głową, na co one odważnie wołają “Hi!”. Rozmawiamy trochę, ale kiedy chcę im zrobić kilka zdjęć, płoszą się nieco i pospiesznie żegnają. Całe zdarzenie z bezpiecznej odległości obserwuje grupa chłopców, mniej więcej w tym samym wieku, co dziewczęta – niechybnie pilnują, czy dziewczęta aby nie planują ze mną jakiegoś łobuzerstwa.

Wracam na souq – kupuję kolejną chustę, tym razem tkaną ręcznie, jak zapewnia mnie sprzedawca. Targi, jak zwykle, są ciężkie, udaje mi się wynegocjować jedynie 50%. Potem kupuje czarne korale modlitewne ze srebrnymi medalionami. Tutaj marża musi być niższa, bo chłopak, który je sprzedaje ustępuje jedynie 25%. Krążę jeszcze po bazarze w poszukiwaniu jallabiyi dla siebie. Wykoncypowałem sobie określony fason i zdaje się, że posunąłem się nieco za daleko – nikt nie sprzedaje niczego nawet zbliżonego do mojej koncepcji.

Prawie tydzień zwiedzania mocno nadszarpnął moją cierpliwość – dobrze było otrzeć się o orient, podróżować lokalnymi środkami transportu, poznawać ludzi i wchodzić z możliwie dużo interakcji z nimi, ale tryb zwiedzający to jednak nie jest to, co lubię najbardziej. Za mało tu dynamiki, brak fizycznego wysiłku – prawdopodobnie będę musiał wybrać się do Pakistanu, gdzie do zrobienia są trekkingi w rejonach zamieszkałych przez Arabów. To powinno zaspokoić moją potrzebę wysiłku, a przy tym ciekawość orientalnej kultury.

Jako że myśl o odwiedzeniu kolejnego zabytku skutkuje gęsią skórką, postanawiam zaopatrzyć się w literaturę fachową – optymalnie na temat krucjat, czy dziejów kultury arabskiej – i resztę dnia spędzić w lokalnej kawiarni, sącząc herbatę i paląc nargile. Przewodnik LP wspomina o dobrze zaopatrzonej księgarni w hotelu Chabha Cham Palace. Łapię taksówkę, ustalam cenę i ruszamy. Taksówkarz nie bardzo wie dokąd jechać, mimo że podaję mu nawet nazwę ulicy i pokazuję miejsce na mapie. Pyta o drogę policjanta, potem innego taksówkarza, żeby w końcu zawieźć mnie do hotelu Al-Chabha. Nazwa podobna, ale to nie tutaj. Hotelowy boy wraz z pomocnikami stają na głowie, żeby mi pomóc – zabierają mi nawet przewodnik, żeby w hotelu wygooglać odpowiednią lokalizację. Taksówkarz jest na skraju załamania nerwowego – ukrywa twarz w dłoniach, opiera czoło o kierownicę i kręci głową mrucząc coś pod nosem. Jak sądzę coś w stylu: za jakie grzechy Allah pokarał go takim pasażerem?! Pocieszam go jak mogę, co ma umiarkowanie pozytywny skutek. Boy w końcu wraca ze wskazówkami i ruszamy dalej. Po drodze jeszcze jeden przystanek, tym razem w sklepie papierniczym. Tam okazuje się, że Chabha Cham Palace nazywa się teraz Dedeman – z tą informacją błyskawicznie docieramy do celu. Dedeman okazuje się ładnie położonym pięciogwiazdkowcem o raczej pospolitym wnętrzu. W środku dowiaduję się, że księgarnia została zamknięta kilka lat temu… Pokonany wracam w swoje rejony. Taksówkarz na pożegnanie podaje mi rękę, zadowolony, że przynajmniej częściowo udało mu się zachować twarz.

Po odwiedzinach w kolejnej księgarni, tym razem położonej kilka ulic od Barona, poddaję się całkowicie. Takie kaprysy to w innej części świata. Zaopatrzony jedynie w zeszyt do notatek, zaszywam się w kącie kawiarni na rogu Shoukri Al Quowatly i Majid Ed Dine Al Jabri. Po chwili zaczepia mnie starszy Arab i zaczynamy długą rozmowę, która ma charakter bardziej buddyjski – on, nakręcony kawą i nargilą chodzi tam i z powrotem i wygłasza różne tezy. Ja wyrażam swój pogląd na tezę (Arab w miarę swobodnie posługuje się angielskim), ale on w swoim, indukowanym kofeiną i nikotyną haju jest już przy kolejnej. Jest to na swój sposób stymulujące, w przerwach piszę i oglądam Al Arabiyę. Wieczór w hotelu, sącząc libańskie wino Fakra – przyjazne i owocowe.