Świt w przypromowej garkuchni ma w sobie coś z lekka mistycznego. Trwająca od wielu godzin cisza nagle zostaje przerwana – brutalnie i na wszystkich moźliwych frontach. Pierwsze budzą się do życia ptaki, które zaczynają dziki, grupowy jazgot. Chwilę potem zaczynają pomrukiwać ciężarówki, ustawione w długiej kolejce na prom. Niektórzy kierowcy zbyt opieszale budzą się do życia, więc wzdłuż węża samochodów zaczyna jeździć skuter, najwyraźniej prowadzony przez osobnika z zaawansowanym adhd, nie dość bowiem, że gna na złamanie karku, to jeszcze trąbi niemiłosiernie głośno, wprawiając w zakłopotanie nawet rozkwilone ptaki, które chyba nieco milkną. A może to po prostu kontrast do narastającego basowego pomruku silników.
W garkuchni zostałem sam. Żebym nie poczuł się zupełnie zbity z tropu, starsza Tajka, która nad ranem przejęła dowodzenie, dopytuje jeszcze dokąd się wybieram. Robi mi także przeraźliwie słodką kawę, która natychmiast stawia mnie na nogi i permanentnie przegania oniryczne rozleniwienie ostatnich kilku godzin. Pozostaje mi tylko czekać na transport w kierunku przeciwnym niż ten, w którym jadą wszystkie możliwe pojazdy w zasięgu wzroku.
Transport się nie pojawia, więc używając roweru jako hulajnogi, toczę się na przystań. Tam uprzejmy taksówkarz motorowerowy, z którym wcześniej umówiłem się na transport do domu, nieoczekiwanie zawozi mnie do lokalnego mechanika od rowerów (nota bene, prowadzenie roweru przy rozpędzonym skuterze po nieprzespanej nocy jest doznaniem niepowtarzalnym). Lokalny mechanik nawet nie wychodzi z sypialni, zresztą wcale mu się nie dziwię – przecież nie wystruga haka z drewna. Taksówkarz zachowuje twarz i nie bierze ode mnie ani grosza za ten kurs – w sumie pojechaliśmy nie tam, gdzie trzeba i do tego nic z tego nie wyniknęło.
Ostatecznie ładuję się jednego z busów, czekających na turystyczną stonkę z Koh Samui. Fujik ma dla siebie całe 10 miejsc z miękkiej skóry, choć nie wiem, czy w stanie lekkiego okaleczenia, z plamami mojej krwi na ramie, jest to w stanie podnieść go na duchu. Ten awaryjny transport nieco odciąża mój portfel, ale nie tak bardzo, jak się spodziewałem.
Teraz pozostaje wyprawa do najbliższego dużego miasta i próba kupienia nowego haka (i być może przerzutki, bo ta mocno się poobijała). Tymczasowo zaś zrobię z Fujika fixie – będzie szacun na dzielni i będę miał na czym jeździć.
