Tom yum.

Nie od dziś wiadomo, że bloger in general, a w szczególności bloger kulinarny, zaraz po trenerze rozwoju osobistego i blogerze lajfstajlowym, to najniższe formy egzystencji w znanym uniwersum (w pozostałych również).

Dlatego też z całą mocą, regularnie, podkreślam, że ta strona to, primo, nie blog, ale dziennik podróżny. I secundo, dzisiejszy wpis to jedynie luźno powiązana z jedzeniem, niezobowiązująca, egzotyczna impresja. Z agresywną pogardą odrzucę wszelkie gwiazdki Michelina za zupę opisaną poniżej.

No, ale do rzeczy. Zrobiłem samodzielnie wegańską* zupę Tom Yum. Była tak dobra, że sam prezydent Klenczon przyznał mi order orła w tęczowe pasy.

Poniżej zdjęcia ingrediencji, czy też substratów. Robiłem je nieco na odczep się, więc fotograficznie jest marnie, GO się rozjechała (wciąż nie mogę się oswoić z pełną klatką), ale nie chciało mi się powtarzać ujęć (no bo blogi kulinarne i niskie poziomy egzystencji).

Przepis można sobie zinwestygować na poniższej stronie.

[*] dodałem nieco jakiegoś sosu na bazie ryby, więc nie jest do końca vegan kosher ani halal. Natmiast zamiast krewetek/innych martwych zwierząt były boczniaki.