Wczoraj wizyta w Surat Thani, stolicy dystryktu, celem przedłużenia wizy. Właściwie to celem uzyskania wizy, bo to, co miałem do tej pory, to tylko 30-dniowe zwolnienie z, ehm, obowiązku wizowego.
Miasto typowe jak na te rejony, niska zabudowa, sporo betonu, estetycznie nie porywające. Nieco przypomina miasta na południu Bangladeszu, ale jest zdecydowanie bardziej czyste i zadbane. Za to ma atmosferę pewnej energii, działania – może to przez kontrast do mojej wioski, w której dominuje przyjazny marazm.
Na autobus do Surat Thani z własnej woli i bezinteresownie zawiózł mnie landlord. Gotów był też odebrać mnie ze stacji minibusów po powrocie. Tajowie sa naprawdę bardzo uprzejmym narodem. Z kolei na miejscu miałem do dyspozycji całego, 12-osobowego, tuktuka, który prowadziła urocza dziewczyna nieco w stylu butch. Jeszcze nigdy w Azji nie widziałem, zeby tuktukiem kierowała osoba płci pięknej. Również była bardzo miła i czekała, podczas gdy ja walczyłem ze stosem urzędowych formularzy.
Sam proces wizowy stosunkowo bezbolesny, choć musiałem wypełnić masę papierów. Zdaje się też, że powinienem był pojechać do urzędu w Nakhon Si Thammarat, gdzie administracyjnie podlega Khanom. Mam więc do dyspozycji kolejny miesiąc w TH. Jeśli będę chciał zostać dłużej – na co się nie zanosi na razie – będę musiał na kilka dni wyjechać do sąsiadującego kraju, po czym wrócić po wygaśnięciu wizy, żeby dostać kolejne 30-dniowe odroczenie, które następnie będę mógł przedłużyć o kolejne 30 dni. I tak da capo al fine. Tajski MSZ zakazał w zeszłym roku tzw. visa runs, podczas których jechało się na lądowe przejście graniczne, przekraczało je i tego samego dnia wracało do TH, dostając świeżą pieczątkę. Alternatywą jest wiza edukacyjna, ale tu musiałbym się poważnie zaangażować w naukę tajskiego albo Muai Thai. Pozwolenie na pracę i odpowiednia kategoria wizy pracowniczej także rozwiązuje problem, ale na razie nie zanosi na to, żebym zaczął tu pracować, co wynika zarówno z tymczasowego rozleniwienia, jak i wyrachowania (czyt. atrakcyjności konsultanckich stawek europejskich).
Od kilku dni też walczę z pogodą – monsunowe deszcze regularnie wyganiają mnie z okolicznych szos, akurat kiedy przechodzi czas na popołudniowe jazdy. Dziś postanowiłem deszcze przechytrzyć i potężnym wysiłkiem woli wstałem ok. 0700, żeby pojeździć przed największym upałem. Po 20 km przebiłem dętkę i, jak się później okazało, przeciąłem oponę. Na szczęście w miarę blisko domu, więc wróciłem piechotą. Zła karma chyba skumulowała się wokół mojego roweru, może powinienem pogadać z lokalnymi mnichami o egzorcyzmach?
