Zadomowienie.

Nieco nieoczekiwanie zacząłem wsiąkać w przyjaźnie leniwą atmosferę tajskiej prowincji – tak jak rozkładające się zwłoki stopniowo wsiąkają w grunt. Względnie tak, jak morska woda wsiąka w ciepły piasek południowotajskiej plaży.

Wypracowanie codziennej rutyny, na którą składają się treningi, wizyty na bazarze, gotowanie, sprzątanie, zazen, zbieranie muszli, czytanie (i czasem jakiś serial) pozwala zwolnić tempo do minimum, jednocześnie nie pograżając się w bezczynności i maraźmie. Zaczynam lubić to nowe tempo. Nawet maile czytam raz, może dwa razy dziennie, co jeszcze do niedawna było nie do pomyślenia. W sumie im mniej impulsów z zewnątrz, tym przyjemniej funkcjonuje się tutaj.

Komunikację werbalną ograniczyłem do gekonów (którym chyba się to podoba, bo mam ich w domu coraz więcej) i pań badylarek na bazarach. Czasem pogadam też z psami, których sporo się tu wałęsa i które zdają się mnie lubić. To zdecydowanie najciekawsze konwersacje, jakie miałem od wielu miesięcy.

Zaopatrzyłem się w wok i kruk (tajski moździerz) oraz masę rozmaitych przypraw, sosów i innych dodatków. Dzięki wizytom na przyportowym bazarze mam dostęp do świeżego tofu, co znacznie poszerzyło moje kulinarne spektrum. Gotuję coraz więcej tajskich potraw, poznaję coraz więcej lokalnych warzyw, owoców i przypraw. Przygody kulinarne to jedyne przygody, jakie ostatnio przeżywam, co mi na razie nie przeszkadza.

Jako że na bazar przyportowy jest ode mnie ok. 10 km, jeżdżę tam Fudżikiem, co wymaga ubrania się w strój kolarski. Mężczyzna w lycrach, kupujący warzywa i mający jakieś pojęcie o gotowaniu to w patriarchalnej Tajlandii lekki ewenement. I tak, z niektórymi paniami badylarkami już mówimy sobie po imieniu. Dostaję też sporo rzeczy gratis przy okazji zakupów – a to worek kiełków, a to pęk długiej fasoli, czy garść tajskich bakłażanów. Może to z litości – w ramach wsparcia dla faranga specjalnej troski, który sam sobie gotuje i który nie ma nawet motoroweru. ;-)

Nauczenie się poprawnej wymowy tajskich słów jest sporym wyzwaniem – nawet lekkie przesunięcie akcentu ma tu poważne skutki. Do tego dochodzą nieprecyzyjne transkrypcje na alfabet łaciński, które często nie mają nic wspólnego z rzeczywistością (albo są bardzo odległą aproksymacją właściwej wymowy). Na domiar złego, co osoba, to inny akcent i nieco inna wymowa, więc połapanie się w tym wszystkim potrafi być uciążliwe.

Leave a Reply