Vientiane trzy.

Coraz bardziej podoba mi się to miasto. Ma tak spokojną, niewymuszoną aurę, że automatycznie można poczuć się tu jak w domu. Ta aura przekłada się na ruch uliczny, który mimo zdecydowanej nadpodaży samochodów jest wręcz apatyczny – i nie zawsze wynika to z korków. Dobrze się tu jeździ na rowerze.

Inna rzecz, że nie ma tu za wiele do roboty. Jako że do typowego turyzmu się nie nadaję i nigdy nie nadawałem, wypełniłem czas przesiadywaniem w kawiarniach, których są tu dziesiątki (zapewne również dziedzictwo kolonialne) i wyjściem do kina.

Kino tu jest jedno i mieści się w jedynym mallu w Vientiane. I prawdopodobnie jedynym w Laosie. Lokalna młodzież przybywa tu gromadnie, by robić sobie selfie na tle ruchomych schodów i przeszklonych sklepów. Jest tu pewna równowaga – chińscy turyści walą selfie na tle lokalnych atrakcji, a laotańska młodzież na tle malla zbudowanego za chińskie pieniądze (mall ma Huawei w nazwie).

Powrót z kina akurat w godzinie szczytu – dołączałem do kolejnych ławic motorowerów, które wciskały się w każdą wolną przestrzeń między samochodami, a kiedy te zbijały się w zbyt ciasne stada, uciekały na chodniki, żeby ominąć największe zatory. Wszystko na luzie, bez tysięcy klaksonów i dzikiego stresu.

Myślę, że Vientiana byłaby super miejscem do pracy – optymalnie w jednym z NGOsów, których jest tu więcej niż ryb w pobliskim Mekongu. Inna rzecz, że mam teraz lekką idee fixe, jeśli chodzi o życie w Indochinach, więc mogę nieco idealizować.

W TH bomby, część nawet w miarę niedaleko od mojej wioski, w Surat Thani, o którym pisałem wcześniej. Konsensus jest taki, że to nie IS, a lokalne frakcje niezadowolone z faktu, że junta coraz bardziej umacnia swoją władzę (vide: ostatnie referendum).

Leave a Reply