Prawię dwa tygodnie bez słowa – czuję, że zaniedbuję swój dziennik.
Inna rzecz, że w Khanom (w Khanomie?) ostatnio dzieje się tak mało (i.e. jeszcze mniej niż zwykle), że rozważam wybranie się na plażę w burkini – może zostanę aresztowany jako separatystyczny islamski crossdresser. Co prawda tutaj na plaży zazwyczaj nikogo nie ma, co może pokrzyżować ten pomysłowy plan.
Tymczasem chęć do działania mnie nie opuszcza, więc ostrzę sobie zęby na wrzesień w Bangkoku – to już za kilka dni. Podejrzewam, że przez pierwszy tydzień nie wyjdę z kina i rozmaitych herbaciarni. Zaczynam czuć się tu nieco jak po 5-tygodniowym treku w Himalajach, głodny rozmaitych wielkomiejskich impulsów, wygód i opcji. Na przykład Ubera. Albo chociaż metra, którym można pojechać na drugi koniec miasta. Kin właśnie. Spalin, rzecz jasna. Księgarń. I przede wszystkim anonimowości.
Tutaj mimochodem stałem się częścią lokalnej społeczności (taki zresztą miałem cel od początku), mimo że nie angażuje się specjalnie (de facto w ogóle) w życie towarzyszkie. W kilka dni po tym, gdy poinformowałem landlorda o przenosinach do BKK, zaczepiła mnie pod sklepem jedna z pań, które tu przesiadują całymi godzinami, tworząc podsklepowy Khanom social club. I o co zapytała? “To kiedy jedziesz do Bangkoku?” Wszyscy już wiedzą, wieści rozchodzą się lotem błyskawicy.
Co jeszcze? Pływałem już chyba we wszystkich możliwych warunkach pogodowych (wyłączając sztormy). W deszczu lekkim i dzikim. W gradzie. W burzy. W morzu gładkim jak stół i relatywnie rozfalowanym. Pod wiatr i z wiatrem. W wodzie przejrzystej, jak i mętnej. Raz nawet pogryzła mnie mała ryba (i to w czasie deszczu, ryby zdaje się wtedy żerują). To są doświadczenia, których brakowało mi przed startem w triathlonie kilka lat temu. Jednak pływanie w basenie wiąże się z pewnymi immanentnymi ograniczeniami.
Rower o dziwo sprawuje się znakomicie, czego nie spodziewałem się po pierwszych tygodniach tutaj. Nawet podarta opona, którą zakleiłem od środka duct tapem i łatkami na dętki, wytrzymała do dziś – czyli jakieś 1000 km. Rozwiązania prowizoryczne okazują się najbardziej trwałe.
Powinienem jeszcze zrobić jakieś zdjęcia okolicy, choć mocno straciłem serce do fotografii ostatnio.
