I tak, po prawie 5 miesiącach w TH, czas na powrót do rzeczpospolitej smoleńsko-burackiej. Nie mogę powiedzieć, żebym się palił do tego powrotu, ale trochę brakuje mi już jakiegoś zajęcia. Poza tym Tajlandię mogę uznać za oswojoną i, jak sądzę, będę tu regularnie wracał na kilkumiesięczne wakacje.
Ogólnie wyjazd bardzo udany, chociaż gdybym przywiózł tu sobie zdalną pracę tak na pół etatu, byłoby optymalnie. Moja branża (IT) jest najbardziej obiecująca jeśli chodzi o takie rozwiązania, choć i tutaj wciąż pokutuje mentalność gdzieś z lat 80-tych: 9-17, 100% on-site. Ostatnio od menedżera w dużej korporacji usłyszałem, że trzeba być on-site, żeby się komunikować. Nie wiem, czy oni tam się komunikują przez dotyk? I jeśli tak, to czy to nie podchodzi pod harassment?
To był mój najdłuższy jak do tej pory pobyt w Azji (na drugim miejscu są 3 miesiące, które spędziłem w Nepalu jesienią 2010). Zresztą, Nepalu i Himalajów zaczyna mi coraz częściej brakować – kto wie, może to dobry plan na wiosnę 2017?
Generalnie dochodzę do wniosku, że wałęsanie się z plecakiem, jakie uskuteczniałem w Birmie, Iranie czy Bangladeszu, już mi się przejadło. Zbyt to jest powierzchowne plus w dobie globalizacji wszystko zaczyna wyglądać tak samo. Kolejne podróże widzę albo jako trekkingi w dziczy, albo wyprawy wspinaczkowe albo właśnie życie gdzieś indziej przez kilka miesięcy, tak żeby nieco zlać się z otoczeniem. Od lat chodzi mi po głowie także większa przygoda kajakowa.
Poza tym, że oswoiłem się z lokalną kuturą (m.in. zostałem wielkim fanem króla Bhumibola, który niestety zmarł pod koniec mojego wyjazdu) i językiem, sporo popracowałem nad Dharmą. Miałem masę okazji, żeby robić zazeny – i niektóre z nich wykorzystalem – poza tym zacząłem w bardziej uporządkowany sposób czytać sutry, a także wziąłem udział w cyklu wykładów nt. wczesnych pism buddyjskich w Little Bangkok Meditation Group. Warto też wspomnieć o dziesiątkach godzin przemyśleń (mniej lub bardziej owocnych) i lektur na temat rozmaitych buddyjskich nauk. Zaczęła mnie też intrygować tutajsza mnisia ordynacja, choć to już poważne zobowiązanie.
Na minus – praktycznie w ogóle nie robiłem zdjęć, co po części wynikało z charakteru wyjazdu (w sumie mieszkając w Warszawie też nie robię zdjęć okolic), a po części z pewnego zmęczenia powtarzalnością motywów i fotografią w ogóle. Niespecjalnie miałem też pomysł na pisanie – nie mogłem się zdecydować, czy to ma być relacja jak poprzednich podróży, czy raczej dziennik, czy może coś jeszcze innego. Ostatecznie wyszła jakaś fuzja, która chyba nie do końca oddaje istotę rzeczy. A może to formuła YK się zaczyna wyczerpywać?
Powrót tym razem przez Kijów. Ukraińskie linie lotniczne nie dość, że oferują jedno z najszybszych połączeń (14h), to jeszcze są najtańsze. I rower wiozą za pół za ceny. Do tego samolot w połowie pusty i mamy do dyspozycji całe hordy uroczych blond stewardess. Na minus – człowiek Vladimira może nas trafić w ogon rakietą typu Buk, co dla mnie, podróżnika cokolwiek już zblazowanego, stanowi wizję nawet stymulującą. Aha, i nie ma wifi.
Z obserwacji praktycznych – estymata porannego Ubera na lotnisko: ok. 600 THB. Lokalna taksówka zawiozła mnie za 1/3 tego.
