10.XI.2011 – odpoczynek w BC.

Poczatkowo planuję wrócić do BC możliwie wcześnie, tak żeby zdarzyć na śniadanie. Mamy wyjątkowo zdolnego kucharza – Bima – który potrafi z puszkowych produktów wygenerować niezwykle smaczne posiłki. Zresztą, dba i to, żeby trafiało się nam coś poza puszkowym jedzeniem – zdarzają się świeże warzywa, bawole mięso i ser naka (samicy jaka). Bim jest zresztą himalajską sławą – odwiedzające nas osoby znają go z innych wypraw, wielokrotnie gotował pod Everestem i wyrobił sobie niezwykle pozytywną opinię wśród stałych bywalców Khumbu. W tym kontekście opowieści o kucharzach, którzy potrafią przyrządzić trzy dnia i serwują je tygodniami, w dodatku w tej samej kolejności, wydają się całkowitą abstrakcją.

Jednak nawet wizja bimowego śniadania nie jest mnie w stanie wyciągnąć ze śpiwora przed 0800, kiedy to nad ABC zaczyna świecić słońce. Robię odważną próbę opuszczenia kokona o 0630, jednak kończy się ona natychmiastową i bolesną porażką. Wracam więc w puchy i czekam aż słońce wychynie zza grani i rozgrzeje namiot, potem szybkie pakowanie i ruszam w dół.

Na miejscu jestem nieco po 1000, obóz tętni życiem. Większość naszej grupy przez kilka dni czekała w Kathmandu na poprawę warunków w Lukli. Mnie ominęły transportowe koszmary, bo do Lukli dotarłem piechotą, z Shivalaya. Wreszcie mam okazję poznać Tima, kierownika naszej wyprawy. Bardzo energiczny Anglik ok. 40-tki, profesjonalny i zdecydowany, ale przy tym dowcipny i zrelaksowany. Łatwo się z nim porozumieć, a przy tym ma się wyraźne wrażenie, że gość dobrze wie co robi (tak zresztą być powinno, Tim zorganizował już kilka wypraw na Ama Dablam i co najmniej jedną na Everest, prowadził ekspedycje na Grenlandię, regularnie szkoli też wspinaczy w Szkocji).

W jakąś godzinę moim przybyciu mamy spotkanie organizacyjne. Dostajemy radia i zostajemy przeszkoleni w ich użytkowaniu – od tej pory codziennie o 0800 i 1700 będziemy zdawać raporty z postępów. Dalej krótka pogadanka o chorobie wysokościowej i aklimatyzacji, trochę na temat zaopatrzenia i lekarstw. Jako jedyny otwarcie przyznaję, że używam i zamierzam używać Diamoxu – reszta grupy nabiera wody w usta, choć lekarstwo jest w powszechnym użyciu. Może nieco obawiają się reakcji Tima, bo trafiają się osoby, które mają do tego leku podejście bardzo konserwatywne. Tim na szczęście do nich nie należy, dwójka lekarzy obecnych w grupie też nie zgłasza żadnych zastrzeżeń.

Zaopatrzenie rozwiązane jest w sposób bardzo bezproblemowy – mamy duży namiot magazynowy, gdzie stoją beczki i pudełka z gotowymi posiłkami (większość wystarczy zalać gorącą wodą, albo przez kilka minut potrzymać we wrzącej wodzie), herbatnikami, batonami i tak dalej. Dostajemy też specjalne arkusze, na których wyliczone jest ile i czego powinniśmy zjadać dziennie. Ja co prawda już wcześniej opracowałem swoją własną tabelę, co nie zmienia faktu, że przed wyjściem w góry, każdy samodzielnie uzupełnia swoje zapasy i niesie je ze sobą.

Popołudniem krótkie szkolenie dla osób, które wcześniej nie używały poręczówek ani jumarów. Z 4m kawałku 9mm dynamika robimy lonże, następnie testujemy sprzęt na przygotowanych fragmentach poręczówki. Nie dowiaduję się niczego nowego, ale lokalne patenty na wiązanie lonży całkiem interesujące. Tworzę własną konfiguracje, na przykład zupełnie nie odpowiada mi proponowany sposób wpinania przyrządu zjazdowego w ucho wiązane na jednym z ramion lonży, wpinam go więc tradycyjnie w łącznik uprzęży. Po paru dniach okaże się też, ze będę używał tylko jednego jumara, nie ma nigdzie po drodze (może poza Żółtą Wieżą) odcinków, gdzie konieczne byłyby dwa.

Po szkoleniu pranie, nieco obijania się oraz obowiązkowe pochłanianie wielkich ilości herbaty i rozmaitych rozpuszczalnych napojów. Zgodnie z zaleceniami, na wysokości należy wypijać do 6l płynów dziennie. Zalecenia są mało realistyczne, ale na pewno pić należy bardzo duzo. Jedna z himalajskich reguł mówi, ze picie ważniejsze jest tu od jedzenia, a jedzenie od spania.