14.IV.2012 – Teheran, dzień 1.

Odsypiam nieco wczorajszą podróż i ok. 1200 lokalnego czasu (+2.5 godziny w stosunku do czasu polskiego) wychodzę do miasta. Muszę wymienić pieniądze i znaleźć coś do jedzenia, jako że przespałem hotelowe śniadanie. Wymiana pieniędzy wymaga tu pewnej znajomości realiów – w Iranie funkcjonują dwa kursy wymiany, oficjalny i kantorowy. Oficjalny jest o ok. 30% niższy od kantorowego. Co ciekawe, kurs kantorowy został kilka miesięcy temu zalegalizowany, wcześniej był nielegalny.

Ze sporym zaskoczeniem stwierdzam też, że sklepy w Teheranie pogrupowane są tematycznie – na przykład na ulicy nieopodal mojego hotelu, Amir Kabir Street, są praktycznie wyłącznie sklepy samochodowe – mamy tu felgi, akumulatory, opony, kierownice, światła, klocki hamulcowe, oleje, smary, narzędzia, a nawet elementy karoserii. Wszystko w ilościach przytłaczająco hurtowych. Podobnie jest z kantorami, one również mają swój kwartał i żeby się tam dostać muszę przejść jakieś 2-3 km. Sama transakcja bezproblemowa, wymieniam na górce, po 18700. W kilka dni później kurs spadnie o ok. 10-15%, ze względu na rozmowy z organizacjami kontrolującymi instalacje atomowe w Iranie.

W chwilę potem ląduję w restauracji, gdzie po nieco losowym zamówieniu dostaję podwójny szaszłyk z potężną ilością ryżu przyprawianego szafranem (i niemal ociekającego oliwą), pieczonymi pomidorami, świeżą cebulą i chlebem pita. Cebula i pita to standardowa przekąska do większości dań w tym kraju. Kelner jest wstrząśnięty, kiedy proszę o kawę – wyjaśnia, że to jest restauracja, a nie kawiarnia. W drodze wyjątku zgadza się jednak podać mi herbatę. Próbuję również lokalnego napoju mlecznego – dough (właściwie powinno się to wymawiać jako “duuh”), który smakuje nieco jak turecki Ayran. Słone mleko z dodatkiem ziół – przez kolejne tygodnie będzie to mój ulubiony lokalny trunek.

Posilony i ze sporym zapasem gotówki ruszam na pierwsze spotkanie z Imamem Khomeinim, reprezentowanym przez swój własny święty ołtarz (holy shrine). Potężny kompleks z meczetami, madrasami (szkołami, zapewne religijnymi), bankami, a nawet pocztą. Ma również dedykowaną stację metra.

Na miejsce docieram właśnie metrem, nieświadomie staję na części peronu przeznaczonej tylko dla kobiet. Zamyślony nie zauważam widocznego na ścianie napisu “for women only”. Orientuję się dopiero, kiedy podjeżdża pociąg – na krańcowych wagonach też są takie napisy. W ostatniej chwili wskakuję do wagonu, w którym strefa rozdziału płci przebiega gdzieś w połowie. Są tam zainstalowane specjalne, wahadłowe bramki, ze znanym już napisem. Podział jest przestrzegany, nie widziałem mężczyzn w części dla kobiet, natomiast zdarzają się kobiety z męskim opiekunem w części męskiej. To moje pierwsze zetknięcie z irańską separacją płci – czuję się jak na wycieczce szkolnej we wczesnej podstawówce, cała sprawa mocno mnie bawi.

W samczym wagonie docieram na miejsce. Święty Ołtarz jest Olbrzymi – podejrzewam, że ma rozmiary Lichenia. Sam kompleks zajmuje dobre kilka hektarów, a wokół niego są jeszcze potężne, puste teraz przestrzenie wykorzystywane jako parkingi. Budowa sprawia wrażenie rozgrzebanej, niedokończonej i opuszczonej – miejscami toczą się jakieś prace, ale gorączkowej aktywności nie widać. Nie wiem, czy to skutek sankcji, czy może mniejszej inercji teokratycznego systemu po ponad 30 latach rządów. Jakość wykonania też nędzna – imponująco wygląda to z daleka, ale bliska widać prowizorkę i masę niedociągnięć. Skojarzenia z wielkimi budowami socjalizmu nieuniknione. Włóczę się po pustych korytarzach, dziedzińcach i podziemiach przez kilka godzin nie niepokojony przez nikogo. W różnych zakamarkach śpią bezdomni, są też nieliczni pielgrzymi w namiotach i rodzina na pikniku. Rozmiar, wyludnienie i padający deszcz sprawiają, że miejsce jest mocno przygnębiające.

Mimo to z pewnym żalem porzucam moloch i ruszam na pobliski cmentarz-mauzoleum żołnierzy poległych w wojnie Iracko-Irańskiej w latach 80-tych. Po drodze zaczepiają mnie dwie dziewczyny w czadorach, bardzo towarzyskie i ciekawskie. Rozmawiamy chwilę, a całej wymianie przygląda się wąsaty ojciec. Dziewczęta okazują się siostrami, przyjechały z Afganistanu. Na pożegnanie robimy sobie zdjęcia.

Powrót metrem w godzinie szczytu jak wszędzie na świecie – jest bardzo tłoczno. Jako że wsiadam na jednej z pierwszych stacji, jestem w komfortowej sytuacji. Po wyjściu z metra miła niespodzianka – skończyła się mżawka, chmury nieco się podniosły i widać ośnieżone szczyty na północ od miasta.

Ruszam na krótki spacer po ulicach – mam wrażenie, że wszyscy, a w każdym razie przytłaczająca większość mieszkańców tego miasta, sprawiają wrażenie poważnie sfrustrowanych i do imentu zmęczonych życiem. Szare, wymięte twarze, podkrążone oczy, żadnego uśmiechu, miny złe i powykrzywiane. Kilka próbowałem uśmiechnąć się przy okazji transakcji, reakcja to zazwyczaj wściekły grymas i odwrócenie głowy. Może to wpływ zdominowania miasta przez samochody – ulice mają tu nawet 5 pasów w jedną stronę, a przejście po pasach zwykle wiąże się z poważnym zagrożeniem życia. O smogu i hałasie nawet nie wspomnę – to jest bardzo głośne miasto, bardzo pachnące spalinami (po półgodzinnym spacerze zaczyna się lekki ból głowy). Pewien wpływ na radosne usposobienie teherańczyków może też mieć wpływ fakt, że aby napić się piwa muszą jechać za granicę, a zgodnie z prawem z cipką mają do czynienia podczas narodzin i dopiero po ślubie. Myślę, że też chodziłbym nieco struty przy takich ograniczeniach… Kathmandu, mimo że zdecydowanie uboższe, zdaje się być, w porównaniu z Teheranem, oazą spokoju, radości i spełnionej egzystencji.

Zdjęcia z Teheranu.