17.IV.2012 – Isfahan, dzień 1.

Wzmocniony hotelowym śniadaniem (pita ze słonym białym serem, jajka na twardo, dżem i herbata – śniadaniowy standard w Iranie, czasem trafia się też pomidor) ruszam zwiedzać perłę wschodu. Mój przewodnik opisuje trasę zahaczającą o większość miejsc godnych uwagi, idę więc na łatwiznę i zdaję się na doświadczenie autora, jak się okaże, słusznie.

Trasa prowadzi głównie przez wielki bazar – Bazaar-e-Bozorg. Ogromna większość bazaru jest zadaszona, co w połączeniu z ostrym słońcem na zewnątrz tworzy niepowtarzalny nastrój – nieco mrocznawe uliczki, od czasu do czasu przecinane słupami światła, przedostającego się przez niewielkie świetliki w dachu. Mimo to miejsce o wiele mniej klimatyczne niż bazary w Aleppo, czy Damaszku, gdzie panuje bliskowschodni bałagan i harmider – sprzedawcy ryb urzędują obok straganów z owocami, a worki z przyprawami niemal opierają się o stosy dywanów. W Isfahanie panuje relatywny porządek – są wydzielone rejony z dywanami, dalej alejki krawców, sprzedawcy podrabianych butów znanych marek, złotnicy, handlarze pamiątkami. Mimo to, w bocznych alejkach znaleźć można zapomniane skwery, rozsypujące się sklepienia i ciche, zadrzewione medresy.

Odwiedzam kilka meczetów. Każdy kolejny ma coraz bardziej złożone mozaiki, wyższe sklepienia i większe dziedzińce. Przy piątym, czy szóstym ten natłok wschodniego przepychu zaczyna być nieco oszałamiający, a nawet nużący. Po kilku godzinach krążenia docieram do głównej atrakcji Isfahanu, Placu Imama. Tu lekkie rozczarowanie – plac faktycznie jest potężny, otaczają go wspaniałe meczety i pałace, ale całość ma charakterystyczną atmosferę turystycznego kombinatu. Coś jak rynek w Krakowie, czy Warszawie. W pamięci pozostaje niewielki, ale niebywale nastrojowy meczet Szejka Lotfollaha. Cudownie proporcjonalne, ciemne wnętrza, gdzie praktycznie każdy cm2 pokryty jest niezwykle delikatnymi mozaikami. Zostaję także zaprowadzony – przez przypadkowego sprzedawcę dywanów – do nastrojowej chaykhane, w jednej z wąskich uliczek przy placu. Ściany pokryte są kilimami, na których wiszą toporki i kociołki derwiszów, a każdy wolny kawałek sufitu zajęty jest przez wiszące lampy, żyrandole, kadzielnice i masę innych rękodzielniczych parafernaliów.

Dzień obfituje też w interakcje z tubylcami. Gdy czekam na otwarcie pierwszego z meczetów, zaczepia mnie starszy, brodaty Irańczyk. Mówi akceptowalną angielszczyzną – służył w wojskach szacha, gdzie znajomość angielskiego była wymagana. Zaprasza mnie do swojego sklepu z – niespodzianka – dywanami! Pijemy herbatę, rozmawiamy trochę. Rozmowa na dosyć wysokim poziomie ogólności, ale przyjemna. Od czasu do czasu włącza się brat starego żołnierza i bardzo łamaną angielszczyzną usiłuje opowiadać o historii i architekturze meczetów, które będę dzisiaj odwiedzał. Żołnierz robi za tłumacza – po mniej więcej minucie zaczyna objawiać wyraźna irytacje i znużenie. Brat znika wówczas na parę minut, żeby po chwili pojawić się znowu i cała zabawa zaczyna się od nowa. Powoli dopijam herbatę i zbieram się do wyjścia – na pożegnanie dostaję nieco tandetny plastikowy breloczek. Co więcej, nikt nie próbuje sprzedać mi dywanu, co doceniam znacznie bardziej niż brelok.
Nieco później, obok targu z ptakami (tak, część bazaru jest jest bazarem ptasim, gdzie kupić można wszystko, co skrzydlate: od farbowanych kurczaczków, przez gołębie i papużki, aż po wielkie, grzebieniaste koguty; o dziwo trafia się też kilka wyrwanych z kontekstu psów), zaczepia mnie stary marynarz. Ten nauczył się angielskiego podczas rejsów po całym świecie. Ma silną skłonność do monologu, ale udaje nam się trochę porozmawiać o podobieństwach między perskim a arabskim i, o dziwo, pochodzeniu języków europejskich. Poleca mi także wizytę nad jednym z największych irańskich wodospadów – nie zapisuję jednak nazwy i szybko ją zapominam…
Na pl. Imama z kolei zaczepia mnie młody Irańczyk, na co dzień mieszkający w Niemczech. Bardzo jest wygadany, angielski na poziomie konwersacyjnym. Czuć jednak fałsz w tej gadce, wyraźnie próbuje mnie zmiękczyć przed zaciągnięciem do swojego sklepu… Prowadzi mnie do wspomnianej wyżej herbaciarni, gdzie szybko wychodzi na jaw jaki partykularny interes chodzi mu po głowie – otóż chce mnie zaciągnąć do swojego sklepu z… dywanami! Mówię, że dywany są w złym guście i preferuję minimalizm w wystroju wnętrz. Obraża się nieco i szybko traci chęć do dalszych rozmów.

Po prawie siedmiu godzinach krążenia mam dosyć meczetów, mozajek, dywanów, minaretów, bazarów i wreszcie Persów, chronię się więc w zaciszu kawiarni internetowej, tutaj zgrabnie określanej jako Coffeenet. Na zachodzie bez zmian, więc wracam do hotelu spać, uprzednio kupiwszy parę kilo owoców.

Zdjęcia z Isfahanu.