Na profilu jednego z portali dla expatów w Tajlandii trafiłem niedawno na uroczy filmik z soi dog (tajskim ulicznym psem) w roli głównej. Jako że za kilka dni znowu będę w Bangkoku, uznałem, że warto napisać kilka słów o tych psach, które stanowią tak integralny element Bangkoku, jak stragany z ulicznym jedzeniem.
https://www.facebook.com/ThaiVisaNews/videos/10156098064308012/
Generalnie duże ulice w Tajlandii nazywane są Thanon (najbardziej znana to Thanon Sukhumvit w BKK), czyli droga, od nich odchodzą właśnie Soi, czyli ulice i wreszcie na dole hierarchii mamy Trok, czyli alejki. Soi mogą mieć postać gargantuiczną (mieć po 2-3 pasy w jedną stronę), albo być zupełnie malutkie. Soi Thong Lor, przy której mieszkałem w zeszłym roku, wielkością porównywalna jest z Marszałkowską.
No, ale każda soi, a właściwicie każdy większy odcinek soi ma swoje soi dogs, czyli bezdomne uliczne psy, które wyznaczają sobie teren bytowania zwykle w pobliżu straganów albo sklepów z jedzeniem. Często wchodzą w symbiozę z lokalymi bezdomnymi, którzy są jedynymi chyba ludźmi, którym te psy ufają. Farang mający ochotę na bliższą znajomość z takim psem, najpewniej skończy bez ręki – to nie są ufne zwierzęta. Inna rzecz, że mimo iż jedzenia im nie brakuje, często są brudne, schorowane, z urazami po potrąceniu przez samochody i raczej smutne. Pies, którego spotykałem regularnie niedaleko swojego condo (de facto grubiutka suka), wyglądała na zwierzę w klinicznej depresji.
Władze miasta aniołów raz na jakiś czas ogłaszają akcje wyłapywania ulicznych psów. Zwykle dzieje się tak po jakimś medialnie nośnym wydarzeniu, typu pogryzienie bachora przez psa. Jak to zwykle w Tajlandii, niewiele z tego wynika, a psy nadal wiodą swój leniwy żywot.
Już od czwartku znowu będę miał okazję mówić soidogom sawadtii krap. Wracam do Bangkoku, niestety tym razem tylko na kilka tygodni. Nie ukrywam, że po zeszłorocznym, klikumiesięcznym, pobycie w TH, BKK stał się trochę drugim domem – albo przynajmniej miejscem, o którym myślę jak o pewnej enklawie. Wiem, że trudno pogodzić wizję rozwibrowanego, wielomilionowego megamiata z koncepcją enklawy, ale tak właśnie to odbieram.
Moje plany podróżne w tym roku ewoluowały w tempie zastraszającym – od kilku miesięcy pracy zdalnej w BKK, przez kilka miesięcy w KTM + trek w dzikszych rejonach Himalajów, aż po wersję aktualną – kilka tygodni relaksu w BKK, by potem, po szybkim przystanku w Warszawie, zrobić drugą próbę trwałej relokacji do Szwajcarii.
Jeśli na coś nie mogę narzekać, to jest to brak opcji.
