20-21.IV.2012 – Shiraz i Persepolis.

Po bolesnym zderzeniu ze słynną irańską gościnnością w Sisakht, nieco zniechęcony ruszam w kierunku Shiraz. Na rondzie w Sisakht łapię poranne savari, które wysadza mnie obok terminala w Yasuj. Przed terminalem kłębi się tłum kierowców savari, zbierających chętnych na podróż.

Warto w tym miejscu powiedzieć kilka słów o różnych środkach transportu w Iranie. Jako że kraj ma bardzo rozbudowaną sieć dróg, a litr benzyny kosztował, w chwili pisania tego tekstu, ok. 7000 IRR, czyli jakieś 40 centów, podstawą jest tu transport samochodowy. Obok autobusów i mikrobusów, bardzo popularne są taksówki. Działają w dwóch trybach: tzw. dar baste, czyli zamknięte drzwi, gdzie taksówka jest w całości do naszej dyspozycji i savari, czyli sytuacja, w której taksówkarz czeka aż uzbiera się komplet pasażerów, względnie dobiera ich po drodze. Druga opcja jest znacznie tańsza, jako że koszt rozkłada się na kilka osób.

Jeden z taksówkarzy zaczepia mnie przed dworcem – za 70k IRR (ok. 4.5 USD) może mnie zabrać do Shiraz razem z trójką innych. Początkowo odmawiam, ale kiedy okazuje się, że następny autobus odjeżdża za kilka godzin, wracam do niego. Na razie mamy trójkę chętnych, zaczyna się poszukiwanie czwartego. Trwa to około dwóch godzin, podczas których jestem główną atrakcją postoju – każdy taksówkarz chce się ze mną zaprzyjaźnić, podać rękę, porozmawiać. Z pomocą rozmówek angielsko-irańskich prowadzimy zaangażowane konwersacje na tematy społeczne, polityczne i wszelkie inne! Jest to męczące, ale bardzo zabawne. Co ciekawe, moje propozycje, żeby rozłożyć koszt przejazdu na 3 osoby zamiast 4, spotykają się z totalnym niezrozumieniem. Na zakurzonej masce samochodu wyliczam im, że będzie to zaledwie 23k IRR na głowę więcej. Bez skutku.

Kierowca łamie się w końcu trochę i proponuje mi dar baste za dosyć atrakcyjną cenę, a ja – mając w perspektywie kolejne godziny fascynujących konwersacji wspartych rozmówkami – zgadzam się. Pożegnaniom nie ma końca – ściskamy sobie dłonie, wymieniamy uściski, zostaję nawet pocałowany w ucho… W końcu ruszamy, a w samochodzie znów idą w ruch rozmówki. Pojawia się pytanie o moje wyznanie, a słowa ateista nie ma słowniku… Próbuję opisowo, co kończy się podejrzliwym pytaniem “communist?!”. Nie zamierzam ryzykować pieszej wycieczki przez pustynię, więc odpowiadam “na, budaayi” – “nie, buddysta”. To uspokaja nieco zaniepokojonego kierowcę.

Rozmowa powoli dogasa, rozkładam się do snu, a kierowca włącza niesamowitą, oniryczną, tęskną muzykę z oszałamiającym wokalem… Potem dowiem się, że był to Mohammad Reza Lotfi, absolutny klasyk irańskiej muzyki.

W Shiraz jesteśmy po 2h, bez problemów znajduję jeden z polecanych budżetowych hoteli – Anwari. Dostaję ładny, duży pokój na ostatnim piętrze, problem tylko w tym, że ma maksymalnie rozkręcone ogrzewanie. Na dworze co najmniej 30 stopni. Hotelowy złota rączka próbuje okiełznać kaloryfer, ale jego wysiłki kończą się sromotną porażką, jest chyba goręcej niż przed naprawami. Po małej awanturze w recepcji dostaję inny pokój – tym razem wszystko na swoim miejscu. Odsypiam traumy z poprzedniego dnia i pod wieczór robię krótką turę po mieście. Na pewno nie jest to drugi Isfahan.

Następnego dnia rano jadę do Persepolis. Łapię savari na terminal autobusowy, pod którym kłębią się taksówki. Oczywiście chcą mnie naciągnąć na podróż dar baste, ale decyduję się poczekać na współpasażerów. Mój kierowca nie należy do cierpliwych i co 2-3 minuty proponuje coraz to niższą ceną za dar baste. Ostatecznie zgadzam się pojechać za pół darmo, nawet jego koledzy z postoju wydają się być niezadowoleni – pewnie doszli do wniosku, że psuje im rynek. Inna sprawa, że nie można mówić o nadpodaży turystów w Iranie ostatnimi czasy. Amerykańska propaganda robi swoje…

Persepolis położone jest ok. 50km od Shiraz, dociera się doń przez niewielkie miasteczko – Marvdasht. Po zeszłorocznych odwiedzinach w Palmyrze, oczekiwania mam bardzo wysokie. Za wysokie. Persepolis jest małe, nudne, pogrodzone barierkami i płytami z pleksi. Nie ma możliwości zagubienia się w ruinach, klimat panuje typowo muzealny, do tego miejsce jest mało fotogeniczne i generalnie pozbawione uroku. Cały kompleks jest przy tym niewielki. Ponoć zachowane płaskorzeźby i rzeźby mają dużą wartość historyczną – niech sobie mają, ja wolę się wspiąć po kruchych kamieniach do grobowca starszego ode mnie o dwa tysiące lat, albo usiąść na ułamanej kolumnie obserwując zachód słońca. Żeby wizyta nie była całkowicie zmarnowana, robię krótką wycieczkę w góry za Persepolis. Mocno zerodowane, generalnie pozbawione życia poza niską, stepową roślinnością i okazjonalną jaszczurką.

Powrót do Shiraz kombinacją różnych savari, a na koniec szalony przejazd przez miasto taksówką motocyklową, prowadzoną przez groźnie wyglądającego Pakistańczyka. Dochodzę do wniosku, że to będzie mój ulubiony środek transportu miejskiego w Iranie. Przy kolejnych wizytach w Teheranie korzystam z niego regularnie – jest szybki, emocjonujący i tani.

Dzień kończy się kebabowym rozpasaniem i długą sesją w coffeenecie.