Wycieczki na bazar Phra Khanong praktycznie za każdym razem zapewniają jakieś niespodzianki. Do tego praktycznie codzienna nauka tajskiego powoduje, że zaczynam słyszeć coraz więcej niuansów w mowie lokalsów – różne tony, dźwięk niektórych liter i sylab. Okazjonalnie zdarza mi się rozpoznać też jakieś słowo albo zwrot, ale do podstawowej nawet biegłości jeszcze długa droga.
Wczoraj, przy okazji zakupu maski motocyklowej i rękawów chroniących skórę od słońca (w których wyglądam jak połączenie kota w butach z Darthem Vaderem), trafiłem na nową roślinę:
Na tekturce opisana jest jako maa suaan (หมาก สวน). Maa to owoc, suaan to ogród albo park,co nie jest zbyt pomocne. Na razie nie udało mi się dociec co to jest – nawet ci nieliczni Tajowie, których miałem okazję zapytać, nie mają pojęcia. Na pewno jest to jakaś odmiana palmy – początkowo myślałem, że to owoc toddy palm (winodani wachlarzowatej), z której w tej części świata robi się wino palmowe, toddy, ale owoce tamtej palmy wyglądają inaczej.
Zagadka na razie pozostaje nierozwiązana.
Zagadka rozwiązana – to jest orzech betelu i palma betelowa. Na zdjęciu tego nie widać za dobrze, ale jeden z owoców otwiera się i widać w środku charakterystyczną, prążkowaną fakturę orzecha betelowego. Inna rzecz, że w Tajlandii rzadko kiedy widuje się osoby żujące betel – co jest powszechne w Birmie (gdzie pierwszy i jedyny raz w życiu miałem okazję żuć betel), Bangladeshu, spotykane w Nepalu i mega popularne w Indiach (tego ostatniego nie wiem z autopsji, tylko z literatury). Po nepalsku i w hindi betel to paan.

