W The Diplomat ciekawy artykuł na temat potencjału legalizacji marihuany w Tajlandii.
Na razie posiadanie ziela jest nielegalne i karalne karą więzienia (do 5 lat za ilość do 5 kg). W internecie jest masa dramatycznych opowieści o turystach złapanych z kilkoma gramami konopi podczas rozmaitych imprez typu full moon party na Koh Phangan. Większości z nich, po interwencji ambasady, rodzin i kilku dniach strachu, udaje się uniknąć tajskich więzień. Co nie zmienia faktu, że panuje atmosfera pewnego terroru.
Nacisk na kryminalizację pojawił się gdzieś w latach 80-tych, oczywiście pod wypływem USA, które wówczas rozpętywały swoją War on Drugs – jedną najgłupszych inicjatyw w historii ludzkości. Z drugiej strony, czego można spodziewać się Amerykanach? Na szczęście równowaga sił powoli przesuwa się w stronę Azji (Chiny) i mam nadzieję jeszcze za swojego życia być świadkiem ostatecznego upadku tego neoliberalnego bagna.
Wcześniej, marihuana była w Indochinach znana od wieków jako naturalny środek leczniczy, stosowana na rozmaite dolegliwości i hodowana praktycznie w każdym ogródku. W latach 60-tych, gdy w Tajlandii wypoczywali amerykańscy żołnierze walczący w Wietnamie, popularne stały się tzw. Thai Sticks, czyli kwiatostany (topy) marihuany przymocowane do bambusowych trzcinek i ściśle obwiązane konopnym sznurkiem. Ich moc była ponoć legendarna.
Notabene, Bangkok musiał być w tych czasach być niesamowitym miejscem… Niezglobalizowany, przednowoczesny, bez wieżowców, z nienaruszoną klasyczną zabudową, z działającymi kanałami, bez milionów samochodów… Czasem mam wrażenie, że urodziłem się za późno.
Efektem amerykańskich nacisków była epidemia spożycia i uzależnień od metamfetaminy (ya ba), która trwa do dzisiaj. Nie trzeba dodawać, że szkodliwość konopi jest znikoma w porównaniu ze szkodliwością metamfetaminy.
Tak, czy inaczej, niektórzy członkowie tajskiego rządu zaczynają zdawać sobie sprawę z bezcelowości inicjatyw typu War on Drugs i wspominają o możliwości legalizacji – nie tylko marihuany, ale nawet metamfetaminy. I tak jak co do legalizacji tej drugiej mam pewne wątpliwości, tak z całą pewnością nie miałbym nic przeciwko temu, żeby z tajskiego bazaru przywozić nie tylko mango, bakłażany i tofu, ale i lepkie od żywicy thai sticks.
