Obowiązki zawodowe powodują, że nie mam czasu na leniwe eksploracje Bangkoku i generalne opierdalanie się. Ale bilans wychodzi zdecydowanie na plus, bo zasadniczo nie muszę się zastanawiać jak wypełnić dzień, tylko jak priorytetyzować rzeczy, które chcę zrobić – tak, żeby pogodzić je z pracą.
❦
Rozpoznają mnie sprzedawcy na bazarze (mam tu swoją ulubioną panią od warzyw, podobnie jak ulubione stoisko z owocami morza) i w straganach z ulicznym żarciem. Najwyraźniej zapadłem im w pamięć w poprzednich latach. Jest to bardzo miłe.
❦
Jestem w stanie wysłowić się po tajsku w sposób, który brzmi zrozumiale dla drugiej strony. Fakt, że nauczyłem się czytać i w miarę poprawnie wymawiać tajskie litery ma OGROMNE znaczenie. Dwa lata temu byłem na krótkim kursie podstaw tajskiego, który opierał się wyłącznie na transliteracji na alfabet łaciński oraz pewnej aproksymacji faktycznej wymowy – była to totalna porażka.
Pojawia się teraz inny problem: lokalsi natychmiast zaczynają się mną interesować i zadają mi masę pytań… A moje tajskie słownictwo jest na tym etapie dramatycznie ubogie… Powinienem się zdyscyplinować i codziennie wkuwać 20 tajskich słówek (inspirowanych sytuacjami z danego dnia albo z listy najczęściej występujących słów) – po miesiącu byłoby mi znacznie łatwiej.
❦
Mój czerwono-biały skuter nie ma obok baku naklejki z informacją, jakim paliwem należy go karmić. Dziś na stacji przeżyłem chwilę grozy, gdy pan asystent od dystrybutora na moje paliwowe rozterki stwierdził “mai bpen rai” (nie ma znaczenia, nie przejmuj się) i wlał coś, co nazywało się mniej więcej Super V Turbo 95 Rocket Fuel. Skut nie protestuje, więc chyba faktycznie mai bpen rai. Jestem w miarę dumny ze swojej ignorancji w obszarze wszystkiego, co spalinowe.
❦
Olga Tokarczuk dostała nagrodę Bookera za “Biegunów”. No fajnie – bardzo lubię Olgę Tokarczuk i sam jestem totalnym biegunem, ale to zdecydowanie nie jest to jej najlepsza książka.
❦
Mieszkam na 25 piętrze wieżowca w dzielnicy Phrom Phong (zresztą, zatrzymywałem się tu wcześniej). Mam cudowne widoki. Na 30 piętrze jest częściowo przeszklony basen – widoki jeszcze lepsze. Monsun akurat się rozkręca, więc kiedy nad miasto nadciągają wieczorne chmury i gdzieniegdzie popaduje, można leżeć w wodzie, obserwować rozmyte deszczem neony i ginące w mroku kolumny wieżowców. Klimat jak z Blade Runnera (tego wcześniejszego). Miejsce, w którym się zatrzymałem, jest totalnie opustoszałe, pomijając kilku japońskich sarariman, którzy chyba mieszkają tu na stałe. Biorąc pod uwagę, że do japońskiego supermarketu Fuji (cudowny wybór tofu, miso, sosów sojowych, japońskich pikli etc.) mają dwa kroki, jest to całkiem rozsądny wybór.
❦
Splendid isolation na wysokościach powoduje, że w ogóle nie chce mi się jechać do Khanom. Ale nic to, pojadę – jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, w sierpniu wrócę do BKK na kolejny miesiąc.
❦
Lokalna junta rządzi już 4 lata. Wczoraj miały miejsce nawet niezbyt poważne protesty, były też aresztowania. Zaczyna się zaostrzanie polityki wizowej – farangom, którzy latami siedzą w Królestwie na wizach turystycznych, zaczyna się rzucać kłody pod nogi. Celnik, o którym pisałem wcześniej, to nie wyjątek, na forach coraz więcej podobnych relacji. Zaczynam rozważać wydanie bardzo nierozsądnych pieniędzy na wizę Thailand Elite.
❦
Na banknotach zaczyna pojawiać się nowy król. Wczoraj kilka h pracowałem ze starbaksa i płacąc za smoothie mango/marakuja aż zamarłem – dlaczego na pięćdziesiątaku nie ma Króla Bhumibhola?!
