visakha.

Dzisiaj Visakha Buja, zwana także vesakiem, najpoważniejsze chyba buddyjskie święto. Kraj od kilku dni w atmosferze światęcznej, wszędzie flagi, festiwale, festyny.

Zasadniczo są to obchody narodzin Buddy Gautamy, ale przy okazji celebruje się także oświecenie i śmierć rzeczonego. Zaplanowałem sobie nawet poranną wizytę w świątyni, ale od rana monsunowy deszcz, plus ja tak średnio lubię wszelkie obchody (i niezbyt wiele wnoszą one do mojej praktyki), więc pewnie wybiorę się wieczorem, o ile w ogóle.


Mój kot okazał się być kibolem. Dowiedziałem się, że w czasie, gdy nie ma go w domu (zwykle w porze śniadania i kolacji, kiedy brutalnie wyganiam go z kuchni pryskając wodą i sycząc), chodzi do landlady, wdaje się w bójki z jej psem i próbuje wyjadać mu z miski jedzenie. A ja naiwnie myślałem, że on poluje na chrząszcze w tym czasie… Nasza relacja zrobiła się nieco chłodniejsza od kiedy okazało się, że nawet najbardziej dramatyczne miauczenie nie przekłada się na miskę jedzenia. Ale wieczorami wciąż razem oglądamy seriale.


Ceny ziemi w okolicy (a konkretnie tej jej części, którą sobie upatrzyłem) idealnie zgodne z oczekiwaniami. Kto wie, może mój lekko szalony plan, żeby w ciągu kilku lat kupić tu hektar albo dwa, w środku postawić drewniany dom w stylu tajskim, a reszcie pozwolić zdziczeć w indochińską dżunglę, ma jakieś szanse powodzenia.


Dziś podczas plażowego biegania zostałem osaczony przez lokalne psy. Było gorąco, prawie doszło do rękoczynów. Ostatecznie, po odrobinie eskalacji, obie strony wycofały się na z góry upatrzone pozycje, zachowując twarz i bez ofiar.


Poza tym, jak to w Khanom, cisza i spokój. Znam już tu tyle osób i miejsc, że czuję się na poły lokalnie. Przez dwa lata prawie nic się nie zmieniło – pojawiła się nowa knajpa, za to inna się zwinęła. Otworzyło się coś wielkiego i bardzo turystycznego w stylu hawajskim (zaczynało się budować podczas mojego ostatniego pobytu). Na bazarach te same panie sprzedają owoce i warzywa. Nawet psy się nie pozmieniały. Muszę odwiedzić swojego poprzedniego landlorda i powiedzieć mu สวัสดีครับ.

Aaa, zaraz, jest jedna, olbrzymia zmiana. Pojawiła się pralnia – pod wiatą stoją trzy pralki (takie otwierane od góry), w których za trzydziestaka można uprać wszystko (być może nawet sumienie). Bardzo to wygodne, szczególnie, że w aktualnym domu nie mam pralki. Rozważam upranie kota – może oczyści go to ze złych wpływów cywilizacji i zamiast żebrać o jedzenie zacznie polować na myszy etc.

Leave a Reply