Wszystko zaczelo sie gdzies w XI wieku, kiedy Manuha, jeden z krolow Mon, postanowil nawrocic na buddyzm theravada Anawrathe, wladce Bagan. Jego sila perswazji byla tak wielka, ze Anawratha dal sie nawrocic, a nastepnie zrabowal szereg buddyjskich relikwiow, ktore przechowywal Manuha, a jego samego porwal. Na korzysc Anawrathy przemawia fakt, ze najpierw o wspomniane relikwia uprzejmie poprosil.
Relikwie, jak wiadomo, nalezy gdzies przechowac, naddto nalezy czynem glosic chwale Buddy. Anawratha z zapalem wzial sie wiec za budowanie stup. Nastepcow mial rownie zarliwych, wiec przez kolejne dwa stulecia, az do czasu, kiedy krolestwo Bagan zaczelo chylic sie ku upadkowi, powstalo tam pare tysiecy stup.
Dzisiaj czesc z nich jest w lekkiej ruinie, czesc stosunkowo dobrze odrestaurowana, a czesc odbudowana w napredce po zniszczeniach, jakie wywolalo niedawne trzesienie ziemi. Glowne atrakcje sa tez koszmarnie oblegane przez masowego turyste
pautokarowego, co calkowicie odbiera im urok. Podobnie jednak jak w Palmyrze, wystarczy zejsc nieco z glownego szlaku atrakcji, zeby miec wylacznie dla siebie opuszczone, na poly zrujnowane swiatynie, do ktorych zagladaja tylko lokalne psy w poszukiwaniu cienia.
Bagan lezy na sporej przestrzeni, wiec najlepiej zwiedzac go konnym wozkiem lub rowerem. Jako ze kon to zwierze z gruntu glupie, a jazda wozkiem niebezpiecznie kojarzy sie furmankami do Morskiego Oka, decyduje sie na rower. Moj GH ma w ofercie rowery do wypozyczenia za nieo ponizej 2 USD dziennie. Jakosc rowerow idzie w parze z ich cena. Wiekszosc pamieta jeszcze brytyjska okupacje, nie ma hamulcow i jezdzi wezykiem. Pierwsza proba ujezdzenia jednego z tych zabytkow konczy sie na jednym ze slupow bramy wjazdowej. Lokalsi najwyrazniej mysla, ze to moj pierwszy raz na rowerze. Ostatecznie rezygnuje z floty rowerowej, jaka oferuje moj GH i ruszam na dalsze poszukiwania. W kolejnym hotelu znajduje swojego towarzysza niedoli na najblizsze dwa dni.
Towarzysz – a wlasciwie towarzyszka – to malutka czarna damka w stylu holenderskim, ktora dumnie nazywa sie Crocodile. Krokodyl wydaje koszmarne dzwieki na najmniejszej nawet nierownosci, a przy kazdym mocniejszym zakrecie zahaczam kolanami o kierownice. Mimo to wydajemy sie dobrze rozumiec, a rower dobrze znosi moje impertynencje w rodzaju jazdy po kazdym mozliwym terenie i sciganiu sie ze skuterami, ktore – co prawda – jezdza tutaj wyjatkowo spokojnie.
Jedziemy wiec w strone starego Bagan. Przy pierwszej stupie zaczepia mnie gosc na skuterze i nawiazuje rozmowe. Pokazuje mi co ciekawsze miejsca na mapie, opowiada co nieco o historii, oferuje tez pokazac mi ciekawa stupe niepodal. Zastrzega, ze to pro bono, potem tylko mimochodem rzuca, ze bylby bardzo szczesliwy, gdybym potem obejrzal jego akwarelki. Zgadzam sie ostroznie, po czym zostaje zaprowadzony do uroczej, opustoszalej stupy z czterema figurami buddow i waska klatka schodowa prowadzaca na dach. Widoki z dachu urocze, choc w palacym, przedpoludniowym sloncu trudno o dobre zdjecia.
Uprzejmosci swoja droga, a biznes swoja, wiec juz po chwili zostaje zaproszony do ogledzin lokalnych landszaftow. Malowane na bawelnie, przy uzyciu barwionego, rzecznego piasku. Moj rozmowca, Aung Ka Linn, zastrzega sie, ze to jego robota. Jestem pozytywnie zaskoczony – obrazki maja w sobie 20% impresjonizmu i 80% cukierkowego kiczu, na niektorych widac calkiem umiejetne, choc sztampowe operowanie perspektywa. Chwale Aung Ka, dziwiac sie dlaczego sprzedaje swoje obrazki ze skutera, jestem przekonany, ze autokarowi brzuchacze byliby czyms takim zainteresowani. Nieco pozniej tego samego dnia, opiekun jednej ze stup oferuje mi dokladnie taki sam zestaw malunkow. A dzien pozniej jeszcze ktos – wszystko wskazuje na to, ze dziala tu manufaktura, ktora produkuje te obrazki ze sztancy, a nastepnie rozprowadza przez skuterowych dilerow. A ja naiwny uwierzylem w samorodny, choc nieoszlifowany talent Aung Ka!
Z Aungiem rozstajemy sie juz tylko troche jak przyjaciele. Jest wyraznie zly, ze nie skusilem sie na obrazek, czy moze, ze pozwolilem sobie na mala krytyczna recenzje.
Nastepne godziny zlewaja sie w upalny ciag. Kolejne stupy, piaszczyste sciezki, mniej lub bardziej zatarte malunki ma scianach, figury buddow w roznych stadiach rozkladu. Gdzies na uboczu trafiam na piekny klasztor z drewna tekowego, przed nim urocze lokalne dziewczeta chca mi sprzedac pieknie haftowana koszule. Ostatecznie decyduje sie jedynie na recznie malowane bambusowe bransoletki. W koncu, spalony sloncem, na wpol uduszony kurzem drogi i z lekkim zawrotem glowy od mnogosci buddow i stup, wracam do GH na zasluzony prysznic i lekki obiad.
Na godzine przed zachodem znow wsiadam na rower i kieruje sie do Pyathada Paya, stupy ponoc stworzonej do ogladania zachodow slonca. Oczyma duszy widze sie samotnego na dachu na wpol zrujnowanej stupy, robiacego niepowtarzalne zdjecia Bagan w ostatnich promieniach slonca. Pedze Krokodyla przez interior i ostatecznie mokry i zakurzony, docieram na miejsce. Przed stupa parkuja juz dwa autokary, na dachu jakies 50 osob. Niezrazony znajduje sobie ustronne miejsce gdzies z boku. Wtedy na horyzoncie pojawiaja sie kolejne 4 autokary, a ja wiem, ze musze uciekac. Po chwili pedze Krokodyla na poludnie i po paru minutach trafiam na stupe mala, ale praktycznie opuszczona. I tu jednak problem – jednoreki opiekun informuje, ze nie ma klucza do kraty na dach, wiec dzisiaj “no sunset”. Jestem o krok od kapitulacji, kiedy trafiam na pare Anglikow, ktorzy polecaja mi kolejna stupe, w ktorej krata na dach jest zainstalowana na tyle sprytnie. ze mozna obejsc ja bokiem. Docieram na miejsce w ostatnich promieniach slonca. Na gorze poza mna jedna osoba, ktora zreszta szybko sobie idzie. Robie pare zdjec, a potem krotki zazen, niezbyt udany zreszta, bo widoki nie daja mi wejsc w odpowiedni stan ducha i umyslu.
Kolejnego dnia mam juz nieco dosyc stup i wybieram sie do wioski, gdzie na recznych krosnach tka sie materialy na tutejsze longyi i inne kluczowe elementy garderoby. Wioska o dziwo opustoszala, w warsztacie samotna staruszka z klebkow bawelny zwija nici. Jej urocza, kilkunastoletnia wnuczka pokazuje mi obsluge krosna i kilku innych urzadzen w obejsciu. W Birmie nie brakuje uroczych dziewczat, ale ta wrecz promieniuje czysta slodycza. Robie mase zdjec, a na koniec zostaje odprowadzony za wioske, az do drogi prowadzacej do mojego kolejnego celu, klasztoru z podziemnymi celami. Moja nowa towarzyszka chce prezent na pozegnanie. Nieco zaintrygowany pytam jaki, ale to praktyczna dziewczyna jest, “money”, mowi. Daje jej niewielki napiwek i zastanawiam sie jakie mam szanse na sesje topless wsrod zboz. Wole jednak nie skonczyc z czolenkiem od krosna w oku, wiec tylko czule sie zegnamy
Druga polowa dnia w rejonach zupelnie nieturystycznych, na wschod od Nyaung Oo, glownego miasta Bagan. Roweruje nieco po bezdrozach, pytajac nielicznych pasterzy o wskazowki do skalnych swiatyn, ktore maja sie gdzies tam znajdowac. Pasterze o swiatyniach wiedza mniej niz ja, wiec spedzam troche czasu w samotnej stupie z pieknymi plaskorzezbami drzewa – banyana – na kopule. Zreszta bardzo a’propos, Nyaung Oo to po birmansku pierwszy banyan. Stupy pilnuje samotny mnich w burgundach. Jest szczuply jak zawodowy maratonczyk i emanuje glebia oswiecenia z pieknych brazowych oczu.
