Hallelujah! Wychodzi na to, że mój pobyt w faszystowskiej rzplitej burackiej będzie krótkotrwały, tymczasowy i niezobowiązująco przelotny (bless Buddha). Już za 3 tygodnie wracam do Indochin, by tam kontynuować ciężki żywot cyfrowego nomady. W międzyczasie muszę jeszcze wpaść do Szwajcarii… Doprawdy, tak trudno dzisiaj zapuścić korzenie.
I, jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, cykl ten będzie się potwarzał.
Dom w Khanom posłusznie na mnie czeka, wracam więc na uprzednio upatrzone pozycje. Muszę teraz zdecydować, czy chcę kupić własny skuter, bo jeśli będę w tropikach spędzał po kilka miesięcy w roku, o wiele bardziej, niż wypożyczać, kalkuluje mi się kupić własny. To poważny dylemat, który niejednemu spędziłby sen z oczu.
Mam też ambitny plan odświeżenia kompetencji i uprawnień nurkowych. Mam taką wizję, żeby po ciężkim dniu pracy chodzić – albo podjeżdżać – na plażę i zaliczać godzinnego nura. Wiem, że nurkowanie solo to dosyć ryzykowna sprawa, ale ja wszystko robię solo, łącznie ze ski-alpinistycznymi ekspadami w Tatrach i Alpach, więc w sumie nic się nie zmienia. Muszę tylko znaleźć odpowiednio minimalistyczne wyposażenie, tak żeby nie targać ze sobą ton sprzętu i być totalnie mobilnym.
Chciałbym też zinwestygować jak wygląda życie w HCMC. Wietnam kusi mnie już od jakiegoś czasu, więc może to dobra okazja, żeby zrobić mały rekonesans.
Generalnie zapowiada się fascynujące lato i wczesna jesień. 🙏
