Kh.

Nie chcę już pisać o lataniu, bo mam przesyt. Ale podróż bardzo udana i pełna pozytywnych niespodzianek, choć, jak zwykle, nieco męcząca.



Na dzień przed wylotem dostałem maila od BFS, firmy, która zajmuje się obsługą pasażerów w BKK, między innymi ekspresowym przeprowadzaniem przez immigration, z informacją że zarząd lotniska zdecydował, iż taka usługa nie będzie już dostępna dla pasażerów klasy bydlęcej. First albo business tylko. I jak pierwszą klasą raczej nie będę latał w tym życiu, tak biznesową mógłbym, ale wąż (gniazdo węży) w kieszeni niezbyt entuzjastycznie podchodzi do takich zbytków. Leciałem więc klasą bydlęcą, nastawiony na długie i męczące oczekiwanie w kolejkach – na miejscu okazało się, że immigration wymarłe, a przede mną w kolejce dwie osoby. Ani chybi było to związane ze świętami państwowymi – urodziny (nowego) króla akurat zbiegły się z ważnym świętem buddyjskim, Asalha Puja.


Po majowych nieprzyjemnościach celnych i wielu forumowych horror stories, nastawiałem się na ciężkie przejścia we wspomnianym immigration. Przygotowałem się na wszelkie możliwe sposoby, miałem wydruki biletu powrotnego i rezerwacji hotelu (takiej do anulowania zaraz po wyjściu z lotniska, bo wszak jechałem na wieś), plik USD i wizę wielokrotnego wjazdu z ambasady tajskiej w Warszawie. Może to właśnie kwestia tej wizy, ale pan celnik tym razem tylko wbił pieczątkę i jeszcze ucieszył się, gdy mu podziękowałem po tajsku. Cała operacja trwała może 20 sekund.


Kolejne pozytywne wydarzenie w Kijowie (tam miałem przesiadkę, tym razem kilkugodzinną). Panie obsługujące business lounge policzyły mi jedynie pierwsze trzy h pobytu, mimo że koczowałem w saloniku jakieś sześć godzin. Dochodzę do wniosku, że prysznic w połowie podróży jest wart każdej ceny. Aha, i długie transfery w środku sezonu wakacyjnego na lotniskach trzeciego sortu, takich jakich Okęcie, czy kijowski Boryspol, to czyste piekło! Upał, smród, bachory, spasione rodziny na wywczasie, tłumy, chaos i wrzask.


Khanom miało powitać mnie dużą dawką wilgoci:

Deszcze w Khanom.

Na miejscu okazało się, że dziki deszcz faktycznie padał, ale przez 10m. Internety kłamio!


Zaraz po przyjeździe odebrałem skuta i z dużą torbą wyprawową – przymocowaną do bagażnika gumami – pojechałem do domu. Tam już czekała na mnie Mem, plenipotentka landlorda, z kluczami. Wieczorem odebrałem rzeczy (głównie wyposażenie kuchni) z depozytu w domu po drugiej stronie ulicy i życie wróciło do normy.


Gdyby nie to, że na dotarcie tutaj trzeba poświęcić minimum dobę, życie w Khanom nie miałoby wad. ;-) Tym razem podroż trwała jakieś 30h. Zależało mi na tym, żeby w Bangkoku być w niedzielę rano, jako że o 1400 miałem ostatni lot do Khanom. Jedyną dostępną opcją (w akceptowalnej cenie) był lot przez Kijowo z Air Ukraine, czy jak im tam.

(c) Marek Raczkowski.


Teraz przede mną kilka dni na walkę z jetlagiem. Dzisiaj pojechałem na bazar po warzywa i owoce (kupiłem między innymi składniki na ส้มตำ (sohm dtam), czyli sałatkę z zielonej papai) i do kilku okolicznych sklepów. Nie chce mi się jeszcze iść biegać po plaży, co prawda, choć to jest bardzo wskazane na jetlag.

Leave a Reply