Trek zaczynamy o 0830, przed siedziba Miss Sajgon, w zadrzewionej, bocznej uliczce. Jest nas dwie grupy po osiem osob, szczesliwie trafiam do tej z nizsza srednia wieku, chyba wszyscy sa przed 30-tka. Ja rowniez, wizualnie w kazdym razie. Poza mna dwoch Anglikow – Jonah i Sebastian, para Francuzow, niesmialy Czech Michal, Maltanczyk Nicolas i duza blond Belgijka, nauczycielka z Antwerpii. Szczesliwie ani jednego hamburgera.
Anglicy bardzo spokojni, szczegolnie dobrze rozmawia mi sie z Sebastianem, osteopata, ktory mieszka w Nowej Zelandii. Oczytany, bystry gosc, ciekawy swiata i potrafiacy wyciagac ciekawe wnioski ze swoich podrozy. Sporo rozmawiamy o buddyzmie i orientalnej duchowosci. Z jego kolega mam lekko napiete stosunki, wydaje mi sie wrazenie, ze ma mnie za lekkiego zarozumialca. Fakt, mam sporo do powiedzenia na wiekszosc tematow, jakie poruszamy, glownie ze wzgledu na to, ze sa mniej lub bardziej zwiazane z podrozami w Azji. Francuzi trzymaja sie razem i zdecydowanie na uboczu, podobnie Czech. Z pewnym momencie nawiazuje nawet niezly kontakt z Nicolasem, ktory podobnie jak ja zajmuje sie IT, a jego brat wlasnie zaczyna doktorat na UCL.
Poczatek drogi w miescie, stopniowo wchodzimy w suburbia, ktore niezauwazalnie przechodza w zalesione pagorki. Flora jak w niskich Himalajach, bardzo przypomina fragmenty treku w dolinie Arun. W polowie drogi docieramy do punktu widokowego na lagodnej grani, gdzie rozlokowaly sie dwa lodge. Jeden z nich nawet dumnie reklamuje sie jako ‘original nepali food’, ale nikt tam nie wie nawet co znaczy ‘namaste’. Jedzenie tez typowo indyjskie.
Dalej droga wije sie przez herbaciane i ryzowe pola na lagodnych wzgorzach, mija leniwe wioski i samotne chaty z palmowej plecionki i bambusa. Niewiele sie dzieje, za to wizualnie pelna sielanka – soczyscie niebieskie niebo, dopelniane przez gleboka zielen i zolte pola kwiatow lebiody (zakladam, ze to nie gryka), do tego regularnie natknac sie mozna na potezne drzewa Banyanu, czy tez Bodhi, ktore tworza dobre akcenty w kadrze.
Powadzi nas Elias, Birmanczyk o indyjskich korzeniach. Gosc o niewyczerpalnych pokladach optymizmu, sklonnosci do latwego smiechu i dosyc plytkiej znajomosi angielskiego. Prowadzi to do masy zabawnych sytuacji – zapytany o moliwosc kupienia masci tygrysiej (tiger balm) z pelna powaga odpowiada ‘No! No tigers here, don’t worry’. Innym razem pytamy go, czy umundurowany gosc, ktorego wlasnie minelismy to ‘park ranger’, najwyrazniej nie zna tego okreslenia i rozumie je jako ‘power ranger’. Radosci nie ma konca, przy czym najglosniej smieje sie sam Elias, najwyrazniej uznawszy, ze glupi Europekczycy wierza w power rangerow. Guide nalogowo zuje tez betel i mimo stosunkowo mlodego wieku, zeby ma juz w stanie daleko posunietej deterioracji.
Pod koniec dnia docieramy do stacji kolejowej, nieco przed nasza docelowa wioska. Gdy Elias zaopatrza sie w zapas betelu jak dla pulku wojska, rowniez postanawiam sprobowac. Pod czujnym okiem guide’a, dziewczyna za malym kontuarkiem przygotowuje mi zielone zawiniatko – w spory lisc, zostaje zawiniete nieco ziol i przypraw, wszystko skropione czerwonym sokiem i posypane slodkim, bialym proszkiem. Taki pakiet wklada sie miedzy zeby a policzek i trzyma tam przez chwile. Nastpnie zaczyna sie go powoli gryzc, co i raz wypluwajac nadmiar niepokojaco czerwonej sliny i kawalki pogryzionego liscia i zawartosci. Efekty sa fajne – wyrazne orzezwienie, ale bez nakrecenia jak po kawie, czy energetycznych specyfikach, wizualnie bardziej nasycone,wyrazniejsze kolory. Troche przypomina to efekt, jaki daje porzadna zielona herbata. Zuje swoj betel przez pare minut, potem lisc sie konczy i mam lekka paranoje denstytyczna. Stan, w jakim jest uzebienie wiekszosci lokalsow, jest szokujacy. Plucze wiec usta litrem wody – mimo to po kwadransie wciaz pluje na czerwono, co nieco mnie niepokoi. Szczesliwie nie jest to stan permanentny.
Spimy w malej, lokalnej wiosce, na drugim pietrze chaty z palmowych chat. Kazdy dostaje maly materac, dwa koce i poduszke. Pietro dzieli z nami matka rodziny – osiemdziesiecioletniokilkuletnia staruszka. W tym samym pomieszczeniu dostajemy tez kolacje – zupe grochowa, plus miske ryzu dla kazdego i kilka misek lokalnych specjalow do podzialu. Lokalne specjaly obejmuja rozne salatki, curry, duszone warzywa. Na deser krojone owoce i blok orzechowo karmelowy. Do tego masa zielonej herbaty. Szczerze powiedziawszy, moglbym tak codziennie.
Kolejny dzien zaczyna sie przed siodma, na sniadanie obowiazkowo kawa instant 3w1, nalesniki z miodem i krojone owoce. Dzien chlodniejszy niz wczoraj, wiec spacer przez pola znacznie przyjemniejszy. Mijamy kilka wiosek i grupy wiesniakow zbierajacych baklazany i ryz. Na miejscu ryz jest od razu wytrzasany z klosow, co wyglada bardzo fotogenicznie. Minawszy pola, po krotkim podejsciu, dochodzimy do klasztoru. Na miejscu dwoch mlodziutkich nowicjuszy i stary, schorowany mnich. Do tego masa dzieci, ktore rzucaja sie na slodycze, ochoczo rozdawane przez grupe. Osobiscie nie rozdaje i nie pochwalam, bo to powoduje plage zebractwa wsrod wioskowycn dzieci, ktore dalej ustawiaja sie wzdluz uczeszczanych sciezek i prosza o ‘slit’ albo ‘mani’. Robie za to mase zdjec, animowane emocjami twarze birmanskich dzieci stanowia wyjatkowo wdzieczny temat. Po chwili zostajemy zaproszeni do klasztoru na poczestunek – ciasteczka i czarna herbate o mocy wody chlodzacej Fukuszime.
Po klasztorze przystanek na obiad w kolejnej wiosce. Rozgotowane nudle nie oddaja sprawiedliwosci birmanskiej kuchni. Potem dlugi spacer przez plaskowyz i urocze przejscie przez niska przelecz w dlugiej grani wzgorz w nieco tajskim stylu – z wysokimi urwiskami przerosnietymi wywieszajacymi sie kepami roslinnosci.
W wiosce lekkie zamieszanie, nasza grupa ma byc rozdzielona miedzy dwa miejsca do spania. Objawia sie jednak pewna solidarnosc grupowa i ostatecznie konczymy pod jednym dachem. Mamy do dyspozycji potezny pokoj, ze stolami rozmaitych domowych wyrobow pod scianami. Lokalne cygara, slodycze, przyprawy. Do wieczornej herbaty probujemy lokalnego specjalu ze ‘sticky rice’ i karmelu – wyglada malo estetycznie, ale smakuje niezle. Najciekawszy jest prysznic – nie ma jakichkolwiek mat, myc sie trzeba przy studni. Dopuszczalne sa bokserki, ale lepsze dluzsze szorty. Przy prysznicu asystuje gospodyni i polowa wioski, nie wylaczajac rzecznych bawolow, ktorych mamy tutaj zdecydowana nadreprezentacje.
Ostatni dzien luzniejszy, do przejscia tylko jakies 4h. Poczatkowo nudnawo przez pola, potem jeszcze bardziej, droga dla jeepow. Kiedy juz trace nadzieje na poprawe, zatrzymujemy sie pod wielkim, gigantycznym banyanem. Pien ma srednice 3 metrow, galezie siegajace na dobre 20 metrow od niego, tworzace piekna, symetryczna kopule. Mysle, ze moglbym zamieszkac pod tym drzewem. Ale samo drzewo to nie wszystko – spod drzewa zaczyna sie ledwie widoczna sciezka, ktora wyprowadza nas w porosniety wysoka trawa lateryt w bardzo afrykanskim stylu. Ta sawanna powoli przechodzi w dzungle i dwoch godzinach bardzo ciekawego marszu dochodzimy do jeziora Inle.
Po szybkim obiedzie ladujemy sie do dlugich, waskich lodzi o dosyc agresywnym, dynamicznym profilu i przez kolejne dwie godziny suniemy po jeziorze. Kontrast miedzy gorami (wzgorzami), a woda potezny. Wokol domy na palach, kanaly, lodzie, rybacy, plywajace ogrody (warzywne), rybacy i masy cudownie zimnej wody. Zycie tutaj nie zatrzymuje sie na brzegu, ono wchodzi mozliwie daleko w jezioro – tak, ze granica miedzy stalym ladem a woda sie zaciera.
Okolo czwartej docieramy do Nyaungshwe (co po birmansku oznacza Zloty Banyan). W waskim kanale masa lodzi, klebia sie turysci i lokalsi. Nieopodal, w Taunggyi, odbywa sie wlasnie festwial balonow – z tej okazji do Nyaungshwe i okolic zjechal caly swiat i pol Birmy. Pytam o wolne miejsca w dwoch guesthouseach, ale sa zarezerwowane na kilka dni do przodu. Awaryjne noclegi organizuje klasztor przy glownej ulicy. Nocleg okazuje sie byc na niezlym poziomie – duze dormitorium, z kocami porozkladanymi pod scianami. Czyste, spokojne, z bardzo zaangazowana, chetna o pomocy obsluga. Kosztuje 5 USD za noc, wiec nawet nie zamierzam szukac innego miejsca. Dmucham termaresta i przygotowuje sie na trzy noce w klasztorze.
