Fakt posiadania pojazdu, którym można wygodnie pokonywać większe dystanse, ostatnio działa na mnie stymulująco. W maju i czerwcu jeszcze nie bardzo miałem motywację do skuterowych wypraw, natomiast w tej iteracji życia w Khanom wręcz rwę się w świat.
I tak, w poprzedni weekend zrobiłem mały rekonesans na północy, w stronę Don Sak, terminalu promowego obsługującego Koh Samui i Koh Phangan. W tę natomiast sobotę wypuściłem się na południe, do muzułmańskich rejonów Tha Sala, a dzisiaj, czyli w niedzielę, znów na północ, zaglądając do różnych cichych zatok, na na wpół opuszczone plaże, plantacje palm i bananów etc.
Zaczynam robić coraz więcej zdjęć, i jest szansa, że powstanie z tego co najmniej jedna poważniejsza galeria. Materiału jest tutaj sporo, muszę jedynie wypracować sobie pewną równowagę między czerpaniem przyjemności z nieprzerwanej jazdy na skucie i przystankami na robienie zdjęć. I jedno i drugie ma pewien aspekt wyciszenia, uspokojenia i skupienia, ciężko tylko przełączać się między nimi.
Moje rozmaite pomysły, polne drogi, piach, żwir, szuter, kałuże, dziury w drodze, deszcze i dzikie słońce, cierpiliwie znosi skucica. Co prawda jest to pojazd typowo szosowy, ale – stwierdzam to z pełnym szacunku zaskoczeniem – daje sobie radę w lekko terenowych warunkach.
Powoli dochodzę do wniosku, że dojrzewam do bliższej znajomości z tą osobniczką:

Honda Africa Twin. Zdjęcie ze strony honda.com.




