Deszcze ostatnio ciągle, więc trudno planować poważniejsze eskapady. W poprzednią niedzielę monsunowy opad przetrzymał mnie 2h w prowincjonalnej świątyni. Po tych dwóch godzinach straciłem cierpliwość i wróciłem do domu w deszczu. Był to zły pomysł: mimo ślimaczego tempa, dojechałem w stanie lekkiej hipotermii i tylko cudem nie złapałem zapalenia jakiegoś poważniejszego organu. Jednak motyckle i skrajna wilgoć nie idą w parze.
Dzisiaj z nowu pojechałem na północ i ze swojej ulubionej rybackiej wioski wypatrzyłem świątynię na wzgórzu. Podszedłem do sprawy nieco retro i pojechałem jej szukać wyłącznie na wyczucie, zamiast angażować do sprawy GPSa i google mapsy. No i udało się za pierwszym razem.
Była co prawda zamknięta i wokół żadnego mnicha, więc nie wszedłem do środka, ale przez okno widać było figurę medytującego Buddhy, którego spokój tylko zwielokrotniała burzowa aura i mrok panujący w środku.
Za świątynią, zaraz przy tylnym wejściu, ktoś, zapewne zapobiegliwy mnich, posadził papaję. Za kilka lat będzie dawać uroczy cień i świeże owoce na som tam.
Przez drzewa i deszcz, gdzieś w oddali, niewyraźnie widać zatokę.
A tu z kolei widok na północ – zalesione wzgórza to wszystko, co zostało z lokalnych lasów. Reszta została wycięta i zamieniona na plantacje palm i drzew gumowych. Z tego, co jednak słyszę od lokalnych posiadaczy ziemskich, kauczuk niespecjalnie jest w cenie w ostatnich latach, więc planują sadzić palmy właśnie. Ew. papryczki, bo te częściej dają plon i są łatwe w hodowli.




