Autobus do Yangonu przyjezdza i odjezdza o czasie, co jest pewna niespodzianka, biorac pod uwage, ze autobus z Nyaungshwe spoznil sie prawie godzine. Obok mnie birmanka z dzieckiem, ktore przez duza czesc drogi bedzie rzygac. Szczesliwie nie w moim kierunku. W busie ok. 12 stopni z tendencja spadkowa, na zewnatrz 35. Przesladuja mnie wizje powolnego konania na zapalenie pluc z powiklaniami. Przed odjazdem wybralem sie do lokalnego lapiducha po pigulke na sen. Dostalem cos zoltego, na pytanie co to i czy mocne, odpowiedzal: slabe, 5 mg. Ide na calosc i polykam od razu cala. Dziala specyficznie, nawet nie jestem senny, co mocno zobojetnialy, mam tez lekkie problemy z rownowaga. Generalnie przeklada sie to na fakt, ze najlepiej czuje ske w pozycji pollezacej. Przesypiam dzieki temu polowe z 16h podrozy.
Na dworzec Aung Mingalar docieramy o 0400 rano. Dworzec jest wrecz archetypiczny, trzecioswiatowa rozpierducha, chaos, do tego jest strasznie wczesnie i ciemno, a zolta pigula wciaz troche trzyma. Na mysl o jakichkolwiek bardziej zlozonych operacjach logistycznych robi mi sie niedobrze. Konczy mi sie tez lokalna waluta, troche za malo wymienilem w Nyaungshwe, liczac na to, ze w Hsi Paw bedzie kantor. Pytam o autobusy do Bago i ostatecznie trafiam na mlodego chlopaka, ktory prowadzi mnie do wlasciwej czesci dworca. Tam nikt nie chce dolarow, wiec czeka mnie jeszcze krotka wyprawa na polozone nieopodal lotnisko. Co prawda o tej porze lotnisko jeszcze spi, ale przed terminalem dziala prezna cinkciarka. Wzmocniony zastrzykiem lokalnej waluty i smazonymi w glebokim oleju nibypaczkami z nadzieniem kokosowym, laduje sie do autobusu do Bago i natychmiast zasypiam. Autobus tymczasem mija Bago i jedzie dalej, a kierowcy najwyrazniej nie przeszkadza, ze mam bilet tylko do Bago. Ja rowniez zdaje sie na bilans karmiczny i nie walcze z przeznaczeniem. Ostatecznie wysiadam w Kinpun miejscowosci polozonej u stop tzw. Golden Rock, jednej z najslynniejszych stup w Myanmarze.
Najblizsze miejsce do spania nazywa sie Sea Saw i jest nieco wypasione. Chlopcy w bialych koszulach pokazuja mi uroczy bungalow i mowia, ze taka przyjemnosc 25 USD. To bedzie najdrozszy moj nocleg podczas tej wyprawy, ale po – w sumie – 20h w autobusach, mam ochote na miejsce, w ktorym szczur wrogo patrzacy na mnie z kata pokoju nie jest czyms najnormalniejszym w swiecie. Prysznic i ide sie rozejrzec. Miasto najstawione na pielgrzymow, ktorzy masowo przybywaja do Zlotej Skaly. Wzdluz drogi prowadzacej do stupy masa straganow z koszmarnie kiczowatymi pamiatkami i kiepskich, drogich knajp, cos jak lokalne Krupowki.
Pro forma wykonuje kilka telefonow do Yangonu. Rzadowa agencja turystyczna
powtarza swoja mantre – Rakhine i Mrauk Oo zamkniete dla turystow. Ale juz prywatna instytucja, nomen omen Good News Travel, zgadza sie kupic mi bilety. Oddzwaniam po 20 minutach, zeby potwierdzic rezerwacje, ale okazuje sie, ze bilety w tamtym kierunku sa zabukowane na kilka dni naprzod. Ergo, nici z Mrauk Oo tym razem.
W pokoju zjadam jakies owoce i ide spac na pol godziny. Budze sie po piecu, juz po zmroku. Wycieczke do zlotej skaly odkladam wiec na jutro.
Nastepnego dnia rano ruszam w gore po szybkim sniadaniu. Lokalsi i przewodnik zakladaja 4h na wycieczke tam i z powrotem, ale wizualnie Zlota Skala jest duzo, duzo blizej. No i faktycznie, a gorze jestem po 35 minutach, cokolwiek mokry jednakowoz. Mimo godziny 0800, temperatura przekracza 30C, o wilgotnosci nawet nie wspomne. Zlota Skala nie robi powalajacego, wrazenia. Dwa spore glazy, jeden na drugim, a na szczycie tego drugiego, pomalowanego zreszta na zloto, stoi niewielka stupa. Legenda glosi, ze cala konstrukcje rownowazy przemyslnie umieszczony wlos Buddy! Wole nie wnikac z ktorej czesci ciala Obudzonego pochodzi ten wlos.
W drodze powrotnej zatrzymuje sie na chwile przy roznych straganach z pamiatkami. Dominuje, nie wiedziec czemu, tematyka militarna. Sprzedaje sie tutaj wyrzezane z bambusa i innych rodzajow drewna siekiery, noze, halabardy, pistolety, karabiny maszynowe, a nawet wyrzutnie rakietowe i potezne karabiny snajperskie. Za cholere nie moge zrozumiec zestawienia swietego, buddyjskiego miejsca z ta bambusowa profileracja zbrojen.
Dowiaduje sie tez o transport do kolejnego etapu swojej wedrowki, Hpa An. Wszystkie autobusy juz odjechaly, pozostaje pikap, ktory wyrusza o 1200. Wracam do bungalowu na szybkie pakowanie i chwile przed 1200 jestem na miejscu. W pikapie poza mna grupa geriatrycznych niemieckich turystow. Czesc nawet wiekiem niezbyt zaawansowana, ale mentalnie pograzona w daleko idacej geriatrii. Na jednym z przystankow urzadzam sobie nawet mala zabawe ich kosztem – kupuje od ulicznej sprzedawczyni torebke samos, po czym z usmiechem czestuje towarzystwo. Po paru godzinach podrozy wszyscy sa mocno glodni, ale nikt nie daje sie skusic na malego samosika. Kiedy kupuje jeszcze dwa racuchy z nadzieniem kokosowym, jedna ze starszych Niemek przelamuje sie i chylkiem zjada samose. Chwile pozniej jednak wyciaga mala flaszke z jakas tynktura i pociaga lyk, tlumaczac, ze to ubije “alle parsiten”. Poza Niemcami mamy na pokladzie dwoch pomocnikow kierowcy, ktorzy zuja betel na potege, jada stojac na niewielkiej platformie z tylu samochodu i dra sie w nieboglosy, zachecajac potencjalnych pasazerow do podrozy nasza jednostka. Z pewnej miekkosci w biodrze i ogolnej sklonnosci w wdzieczenia sie, wnioskuje, ze jeden z nich jest gejem. Zabawnie ta miekkosc ruchow kontrastuje z czerwonymi zebami, zezartymi do pienkow przez pakiety betelu.
Do Hpa An docieramy po prawie pieciu godzinach. Jestem spocony, od kurzu drogi swedzi mnie praktycznie wszystko. Najpopularniejszy GH dla backpakerow fully booked. Mili chlopcy z pikapa wioza nas wiec do Golden Sky. Chinsko-hinduska obsluga gburowata w lepsze dni i niemal agresywna w gorsze. Ale persystencja i poczuciem humoru mozna od nich wydobyc wszystko. Moich Niemcow gonia na pietro, gdzie sa pokoje po 25 USD za lozko – relacja ceny do jakosci Bardzo Zla. Ja slysze wlacze – you wait five minute. Czekam poslusznie, po czym prowadza mnie do pokoju wielkosci przenosnej klatki dla kota, ale z wlasna lazienka. Cena – 15 USD. Probuje sie targowac, ale wyczuwaja, ze nie wkladam w to serca, cena pozostaje bez zmian.
Robi sie ciemno, wiec tylko ide na curry do jednej z polecanych knajp. Nazywa sie San Ma Toe i dziala w typowym dla tej okolicy trybie – przed knajpa, na duzym stole kilkanascie blaszanych garnkow z curry, potrawkami, kotlecikami, marynowanymi owocami morza etc. Porcja z jednego garnka – 1000 kyatow, do tego garnek ryzu za 500. Polmisek warzyw, dziesiec misek z przyprawami i przystawkami, desery i zielona herbata za darmo. Dzisiaj probuje dwoch typow ryb – jedna znakomita, aromatyczna, swieza ryba w pikantnym curry, druga niestety przygotowana z ryby w puszki, co tutaj jest norma, jak dla mnie nie do przyjecia. Na polmisku z warzywami lokalne rzodkiewki – o wiele lagodniejsze niz nasze, wodna salata, cos jak pigwa i male zielone kuleczki przypominajace jarzebine, ale bez charakterystycznego smaku. W ramach deseru trzy plastikowe sloiki slodyczy – w pierwszym mieszanka cukierkow, dalej wiorki kokosowe smazone w cukrze z trzciny cukrowej, w ostatnim cudowne kuleczki cukrowo-tamaryszkowe. I tak jak wiorki, ktorych probowalem juz przy innych okazjach sa dla mnie zdecydowanie za slodkie, tak tamaryszkowe kulki zdobywaja moje serce.
Po tej uczcie, za ktora place ok. 3 USD, z radoscia koncze dzien w lozku. Z blogostanu nie jest w stanie mnie wytracic nawet zaba, ktora w pewnej chwili wypelza z lazienki do pokoju. Wyganiam plaza do lazienki i zapalam tam swiatlo, to wydaje sie wystarczac, bo nie odwiedza mnie wiecej.
