hades.

Pierwszy miesiąc w hadesie niemal za mną. Zimno, pochmurnie, mokro, a do tego polactwo wszędzie. Jeszcze niecałe pięć tygodni i znów, bez większego żalu, zostawię rz-plitą buracką, tym razem na cały kwartał.

Wrócę akurat na wiosnę, czyli najgorsza część roku mnie ominie.

Plan pt. drugi dom w tropikach powoli nabiera kolorów. Co prawda teraz czuję się w Warszawie jak skazaniec, ale cotygodniowe lekcje tajskiego via Line nieco podnoszą mnie na duchu. Żebym jeszce tak miał motywacje do codziennego wkuwania słówek…

Czytam właśnie “Empire…” Nialla Fergusona. Historia kolonizacji od dwana bardzo mnie interesowała, a ze szczególną przyjemnością czytałem te części historii Afryki, które opisują tranzycję od kolonializmu do niepodległości. Efekty całej operacji nie zawsze były pozytywne, ale sama zmiana i związany z nią ferment niewątpliwie miała swój romantyczny urok. W sumie zresztą tego szukam w swoich eskapadach – tamtych kontekstów zachowanych w dzisiejszych czasach. Dlatego, między innymi, tak bardzo spodobało mi się HCMC.

I tak wpadł mi w oko poniższy fragment:

[…] my father – also had his moment of wanderlust. In 1966, having completed his medical studies in Glasgow, he defied the advice of friends and relatives by taking his wife and two infant children to Kenya, where he worked for nearly two years teaching and practising medicine in Nairobi. Thus, thanks to the British Empire, my earliest childhood memories are of colonial Africa; for although Kenya had been independent for three years, and the radio constantly played Jomo Kenyatta’s signature tune ‘Harambe, Harambe’ (‘Let’s all pull together’), scarcely anything had changed since the days of White Mischief. We had our bungalow, our maid, our smattering of Swahili – and our sense of unshakeable security. It was a magical time, which indelibly impressed on my consciousness the sight of the hunting cheetah, the sound of Kikuyu women singing, the smell of the first rains and the taste of ripe mango. I suspect my mother was never happier. And although we finally came home – back to the grey skies and the winter slush of Glasgow – our house was always filled with Kenyan memorabilia. There was the antelope skin on the sofa, the Masai warrior’s portrait on the wall, the crudely carved but exquisitely decorated footstool that my sister and I liked to perch on. Each of us had a zebra-skin drum, a gaudy basket from Mombasa, a wildebeest-hair flywhisk, a Kikuyu doll. We did not know it, but we grew up in a little post-colonial museum. I still have the carved wooden hippopotamus, warthog, elephant and lion which were once my most treasured possessions.

Jako że sam spędziłem w postkolonialnej Nigerii prawie 6 lat dzieciństwa, też mam głęboko zakodowane podobne memy. Pierwsze deszcze, smak mango i guawy, charakterystyczną tropikalną zieleń. W sumie dlatego tak bardzo odpowiadają mi Indochiny – roślinność zbliżoną do równikowej mamy tam cały rok; jeśli się dobrze postarać, można załapać się na dwa monsuny w roku; owoce praktycznie te same, chociaż większe, bardziej soczyste i smaczniejsze. Do tego ludzie przyjaźniejsi i – dzięki ekspansji buddyzmu – na tej samej, more or less, częstotliwości duchowej co ja.

Podczas ostatniej iteracji na południu TH kupilem kilka plecionych koszyków – część na owoce, część na gazety i inne drobne przedmioty. Pewnie z czasem dojdą do tego lokalne rzeźby, tkaniny, noże etc. I też zacznie powstawać małe post-kolonialne muzeum. Co prawda na razie przechowywane w skrzyni na czas moich powrotów do hadesu, ale kto wie jak to się rozwinie za kilka lat.

Leave a Reply