Khanom – Hat Yai.

Jak pisałem wcześniej, kilka pierwszych dni nowego roku postanowiłem spędzić w Malezji. Co prawda nie celebruję specjalnie (zasadniczo nie celebruję w ogóle, nie obchodzę nawet własnych urodzin), ale siedziałem w Khanom od miesiąca i powoli zaczynałem czuć lekką opresyjność wsi spokojnej i wesołej.

Jako że nigdzie mi się nie spieszyło, podzieliłem podróż na dwa dni. Najpierw z Khanom do Hat Yai, a następnego dnia z Hat Yai do Georgetown. Wszystkie operacje logistyczne związane z wydostaniem się głębokiej wsi mam już dopracowane niemal do perfekcji. Teraz pojechałem skuterem na dworzec minibusów, tam zostawiłem go pod opieką obsługi na tydzień, wsiadłem do minibusa do Nakhon Si Thammarat, a tam, kilka minut później, do minibusa do Hat Yai. Na dworcu w HY złapałem moto do hotelu i tak skończył się pierwszy etap podróży. Minibusy pełne, bo koniec roku to też okres migracji lokalsów. Tajlandia uchodzi za jeden z najbardziej niebezpiecznych krajów, jeśli chodzi wypadki drogowe i prasa donosi o kolejnych dziesiątkach ofiar w okresie “tygodnia śmierci” na przełomie lat.

Hat Yai jest ciekawe – ma bardziej południowy charakter, mieszka tu sporo muzułmanów i klimaty są nieco jak w handlowych dawnych kupieckich miastach malezji (vide: Georgetown właśnie). Sporo malutkich biznesów z ewidentnie chińskimi korzeniami, dim sum i długie sjesty w środku dnia. Generalnie podoba mi się tutaj i chyba wrócę w połowie stycznia na kilka dni, żeby lepiej poznać okolicę.

Mało tu farangów, więc dla lokalsów stanowię pewną atrakcję. Do tego coś tam mówię po tajsku, jestem więc obiektem niesłabnącego i przyjaznego zainteresowania.

Rozważałem zrobienie trasy Khanom – Penang na skucie, ale, prawdę powiedziawszy, trochę mi się nie chcę. Już pomijam kwestie bezpieczeństwa drogowego, ale mamy monsun, a jazda skuterem w (i po) deszczu to średnia przyjemność. Plus tym razem mam mały skuter w stylu klasycznej Vespy i zrobienie na nim prawie 700 km byłoby męczące. Jeszcze kilka lat temu nie przeszkadzałoby mi to zupełnie, ale teraz jestem jak nomadyczny kot, który najchętniej spędzałby większość czasu śpiąc, jedząc i generalnie chillując.

Leave a Reply