Hat Yai – Georgetown.

Dzisiaj kolejny dzień eskapady na południe. W Hat Yai moto na sattanii rot dtuu (dworzec minibusów), rot dtuu do Padang Besar, piesze przejście granicy jednej, a następnie drugiej, dalej pociąg (tren) typu Komuter, potem prom typu feri, taxi z Graba i jestem na miejscu. Podróże są fajne.

Jako że nie lubie backpackerskich gett, bo to oznacza kiszenie się w pewnej azjatyckiej (i nie tylko) kliszy, powielanej od Kathmandu aż po Hongkong, kliszy, która może wydawać się fajna, gdy się ma jakieś 22 lata, ale która z czasem zaczyna być nudna, tandetna i przewidywalna do bólu, wynająłem sobie mieszkanie na 29 piętrze jednego z nowopowstałych wieżowców, z dala od Love Lane i podobnych lokalizacji.

Bardzo fajne – mam cudowne widoki na wzgórza Penangu i nieco mniej cudowne (w kadr wchodzi inny budynek) na morze. Do tego duży taras, na którym zamierzam spędzać wieczory oddając się rozmyślaniom na temat ewidentnych przewag nomadyzmu nad stacjonarnym trybem życia. Chociaż, doprawdy, czy to w ogóle można nazwać życiem? ;-) Internety mówio, że Hans Christian Andersen powiedział: “kto podróżuje, ten żyje dwa razy”. No ba.

Georgetown ulega powolnej hongkongizacji (takiej dla ubogich, co prawda, wziąwszy pod uwagę ceny nieruchomości w HK). Na obrzeżach pojawiają się coraz to nowe wysokościowce – niektóre nad samym brzegiem morza, inne wgryzające się we wzgórza. Samo historyczne centrum zostało wpisane na listę UNESCO World Heritage, więc jest nie do ruszenia (i dobrze), ale wokół nie ma takich ograniczeń.

Wynająłem piękny, czerwony skuter – miałem nadzieję na Vespę, ale wszystkie Vespy w remoncie. Dostałem więc Hondę PCX. Na razie mam jeszcze pewien problem z orientacją w mieście. Dzisiaj, po zakupach, jechałem jakies 5 km w zupełnie niewłaściwą stronę, będąc absolutnie przekonanym, że wracam do domu*. Ruch tu jest bardzo cywilizowany, dużo jednokierunkowych ulic, co oznacza nieco krążenia, gdy dopiero mapuje się miasto głowologicznie.

Nie wiem, czy zwróciłem na to uwagę ostatnim razem, ale lokalsi jedzą masę mięsa i różnych mącznych rzeczy. Kurczaki w panierce pływające w głębokim tłuszczu, bułki, chleby, różne mączne słodycze… Efekty widać na każdym kroku, tłuści są przeokropnie. Posiadanie własnej kuchni (i garnka do gotowania ryżu) jest więc podwójnie pozytywne.

[*] W akcie desperacji pojechałem do szopink mola i kupiłem uchwyt na telefon, który mogę przymocować do kierownicy skuta. Teraz telefon służy mi za GPSa i mówi, gdzie jechać i kiedy. Technologia jest dobra i mądra.

Leave a Reply