przeprowadzka na Penang.

Minął mi dzisiaj tydzień na Penangu. Strasznie nie mam motywacji do pisania, co po części wynika z natłoku wrażeń i masy zajęć. Przez ten tydzień udało mi się znaleźć bardzo fajne mieszkanie – co prawda nie w mojej ulubionej dzielnicy, ale za to w totalnym centrum wszelkiej aktywności na tej wyspie, obok najwyższego budynku – Komtar.

Komtar kojarzy się trochę z brutalizmem londyńskiego Barbican, ale brakuje mu pewnej subtelności (o ile w ogóle można użyć tego słowa przy tego rodzaju architekturze), więc w alternatywnej rzeczywistości pewnie rezydowałby tam Sauron. W połowie lat 80-tych, kiedy zakończyła się budowa, musiał to być dramatyczny kontrast dla uliczek jednopiętrowych kupieckich domów, które wciąż przeważają w najbliższej okolicy. Teraz co prawda wyspa porosła wysokościowcami, więc ten kontrast aż tak nie razi.

Mój budynek jest wielki i równie subtelny co Komtar, choć dużo nowocześniejszy. Ma za to bardzo mocną lokalną społeczność. Wszystko jest tu od-do, porządek musi być, obcym mówimy “nie” (mieszkańcy i zarząd ramię w ramię walczą z plagą krótkoterminowych lokatorów (to ja!) oraz tzw. homestays – a także z posiadaczami zwierząt). Wszędzie zainstalowane są czytniki linii papilarnych i żeby dostać się do budynku, trzeba co najmniej dwa razy zeskanować sobie palec (a żeby palec trafił do systemu, trzeba podpisać dwie umowy – jedną, fejkową, na rok, dla menedżmentu i drugą, właściwą, na krótszy okres). Drzwi do mieszkania też są odcisk palca, nie ma więc ryzyka, że zgubi się klucz. Trochę czuję się tutaj jak w chińskiej komunie z lat 60-tych, a trochę jak w obozie dla jeńców wojennych. Oczywiście mieszkanie jest super komfortowe – mam jakieś 120 m2 do dyspozycji, co oznacza nawet osobny pokój do pracy (uprawiam więc stosunkowo przyjazną użytkownikowi odmianę nomadyzmu). Do tego jest naprawdę duży basen, spora siłownia i – uwaga – community hall. Community hall to kulturowy ewenement. Jako, że na Penangu mamy trzy główne narodowości (Chińczyków, Malajów i Hindusów), robi się tu uroczy miszmasz – starsi chińczycy słuchają z telefonów ludowej muzyki, hinduska młodzież gra w karciane RPG, europejscy emeryci wpadają na lekcje języka, a w tym tyglu siedzi Miro z laptopem, który skrupulatnie obserwuje co i jak, w międzyczasie ściągając filmy z torenta (broadband się instaluje, a community hall ma szybkie internety za friko).

Penang jest mocno uduchowiony i jest tu masa najrozmaitszych ośrodków buddyjskich (i nie tylko). Zrobiłem sobie już listę i w najbliższych dniach zacznę się nieco angażować.

Poznana w samolocie towarzyszka zabrała mnie na lokalne jedzenie (de facto delikatnie nadgryźliśmy wierzchołek gigantycznej góry lodowej, jaką jest lokalna kuchnia) – popularne są tutaj takie uliczne food courts, gdzie jest kilkadziesiąt straganów z najrozmaitszymi potrawami – kulturowo od Lahore po Osakę. Jako że jestem głównie roślinożercą, mam nieco ułatwione zadanie, co nie zmienia faktu, że różnorodoność powala.

Byliśmy też na wzgórzach, o nich pisałem zresztą wcześniej – kilkanaście minut drogi od miasta zaczyna się park narodowy i absolutnie urzekające wzgórza porośniętę dżunglą. Co prawda wjechaliśmy na wzgórza kolejką – co oznaczało pewną ekspozycję na turystyczne masy.

Odwiedziłem Ching, poznaną w styczniu, która na jednym z food courts, wspomnianych wyżej, ma stoisko z naparem z chryzantem. Prowadzone zresztą przez jej rodzinę od połowy lat 60-tych. Zostałem napojony naparem i spędziłem pół wieczoru obserwując bardzo urozmaiconą klientelę. Wróciłem do domu z torbą suchych kwiatów do samodzielnego parzenia.

Zrobiłem na skucie pierwszą turę dookoła wyspy – mamy tu naprawdę piękne nadmorskie drogi, które potem wspinają się na wspomniane wcześniej wzgórza i wiją się przez dżunglę.

Zasadniczo masa impulsów w bardzo krótkim czasie. Totalna odwrotność Khanom, gdzie typowo mamy zero impulsów przez cały rok (no dobrze, może z pominięciem tajfunu raz na dekadę).

Leave a Reply