A właściwie good bye for now.
Wychodzi na to, że spędziłem w Khanom niemal trzy miesiące non-stop (minus eskapady do Bangkoku i na Penang). A od maja zeszłego roku prawie pół roku. To sporo i, jak pisałem wcześniej, czuję pewne przywiązanie do tego miejsca.
Strasznie nie chciałem zostawiać domu, jako że nie ma żadnej gwarancji, że ktoś inny nie wynajmie go na dłuższy okres. A z drugiej strony jestem zbyt oszczędny, żeby płacić za roczny wynajem miejsca, z którego będę korzystał kilka miesięcy w roku… Szczególnie, że THB się umacnia jak głupi, a tajska immigration zaczyna coraz mniej łaskawie patrzeć na takich długoterminowych turystów jak ja. No, ale dobra karma procentuje – kilka dni przed wyjazdem trafiłem na panią Niemkę, nauczycielkę muzyki i właścicielkę dwóch uroczych psów, która dzieli swój czas między Khanom, Kathmandu i Europę. I która akurat szukała domu.
Wpadłem więc na szatański pomysł, żeby wynająć dom na zasadzie timeshareingu. Po drodze należało przekonać landlorda, że pies, a nawet dwa, w domu to nie jest koniec świata, ale udało się. Tym samym mam dom przez kolejne pół roku, z czego 3 miesiące są moje. Pół roku to sporo czasu i wiele się może w tym czasie wydarzyć, ale tymczasowo problem został rozwiązany.
Uciekam więc na dwa miesiące na Penang, żeby w maju wrócić do siebie.
