Wróciłem do TH. Przede mną tydzień w Bangkoku, a potem powrót do domu (lokalnego, w Khanom). Muszę odnowić tutejsze prawo jazdy (to już prawie dwa lata, od kiedy zostałem niereformowalnym fanbojem skuterów!), pogratulować nowemu królowi korony, wpaść na Dharma Talk bardzo szacownego mnicha, pogadać z agentem o tajskiej wizie na lata i w wolnej chwili być może zahaczyć o onseny oraz studio jogi.
Zasadniczo wolę TH od Malezji. Penang jest super ciekawy i ma niesamowity mikroklimat kulturowy, ale Malezyjczykom brakuje tajskiej subtelności – ani chybi kwestia braku backgroundu buddyjskiego. Temat na dłuższy elaborat, którego pewnie nie napiszę, bo mi się nie chce. Bo pisanie dziennika śmierdzi, ale robię to nieco na siłę, żeby za 10-20 lat pamiętać co się ze mną działo. Czytanie dzisiaj swoich relacji z Nepalu sprzed 10 lat to naprawdę interesujące doświadczenie.
