Wielkimi krokami zbliża się mój ostatni dzień w TH i to ostatni być może nawet na kilka długich miesięcy. Nie wiem jeszcze jak poukładają się sprawy, ale najwcześniej pojawię się tu znowu dopiero jesienią. Co prawda latem spędzę prawie 3 miesiące w Nepalu (tak, znowu – i to mimo tego, że całkiem niedawno byłem przekonany, że tu nie wrócę przez lata!), więc nie będę tak całkiem odcięty do Azji. Natomiast Nepal i Tajlandia to bajki tak różne, że w sumie mógłbym wybrać się na inną planetę.
No, ale żeby te ostatnie tygodnie zapadły mi w pamięć, robię różne, coraz dalsze, wycieczki skutem. Bezpośrednią okolicę wyeksplorowałem już całkiem dobrze, chyba nawet zaczyna mi się nieco przejadać (story of my life – pewna mądra dziewczyna powiedziała kiedyś, że ja regularnie potrzebuję nowych impulsów), więc w zeszłym tygodniu spędziłem dzień i noc w Surat Thani.
Surat jest fajne, bo jest całkowicie nieturystyczne. Jest to stolica dystryktu, nastawiona na zupełnie inne rzeczy niż pobliskie wyspy, co oznacza sporą dawkę tajskiej autentyczności. Leży nad bardzo ładną rzeką, wzdłuż której jest nawet coś w rodzaju bulwaru (trochę przypominającego brzeg rzeki w birmańskiej Mawlamyine) i różne fajne opcje jedzeniowe. Nie zrobiłem żadnych zdjęć, bo mi się nie chciało, poza tym raczej chodziło mi o to, żeby mieć konkretny cel wycieczki.
Kilka dni potem odwiedziłem park narodowy Sikiet Waterfall. Co prawda wodospady mnie tak średnio interesowały, więc znalazłem naprawdę ciekawą trasę bocznymi drogami, którą zrobiłem pętlę wokół parku. Było to super fascynujące doświadczenie – w pewnym momencie skończyła się droga i skut z kanapowego pieska musiał zamienić się w małego potwora bezdroży. Pokonaliśmy nawet kilka rzecznych brodów, zniszczonych przez powodzie mostów i masę kamienistych górskich dróg. Zasadniczo udało się, mimo że kilka razy czułem, że jesteśmy tak na granicy – trochę głębsza woda, trochę większe kamienie albo nieco więcej błota i skut się podda, a ja będę musiał zaangażować lokalsa z pick-upem (i być może zapłacić za mały remont skuciaka).
Klimiat nieco jak z himalajskiego przedgórza – w tle nieco większe wzgórza parku narodowego Tai Rom Yen, wreszcie niemal brak plantacji palm, czy drzew gumowych (to jest nieco depresyjne – gdy patrzy się na zdjęcia satelitarne południowej TH, wszystko wygląda zielono i pięknie, niestety większość tego, to po prostu plantacje, pod które pierwotne lasy zostały wycięte), a autentyczna lokalna dżungla, nieliczne i bardzo proste osady. Poniżej kilka zdjęć.
Do domu wróciłem cokolwiek obolały – jednak 150 km na skucie to sporo, szczególnie, jeśli część tego jest w terenie.
A dzisiaj ruszyłem na Samui – co prawda turystyczne dramatycznie i wszyscy starzy wyjadacze narzekają, że piękna wyspa została totalnie zniszczona przez ostatnie 20 lat, ale nie było tu mnie jeszcze i jest tu o wiele większy wybór nieco bardziej wyrafinowanych domów niż moje aktualne lokum w Khanom.






