Dokładnie tydzień temu dotarłem na miejsce. Pierwsze kilka dni totalnie nie do życia, jetlag w tym roku wyjątkowo intensywny. Udało mi się pozałatwiać masę spraw, ale to było funkcjonowanie w zombie-mode. Dopiero w poniedziałek koło południa doszedłem do siebie.
☼
W Bangkoku zima – temperatury nieco ponad 30C, chmury, lekki wiatr, czasem tylko zdarzają się dni, tak jak wczoraj, gdy temperatura dobija do 38C. Rzecz jasna brakuje mi deszczu, nie ma niczego lepszego od monsunowych opadów, ale to dopiero za kilka miesięcy.
☼
W ramach walki z jetlagiem rzuciłem się na lokalny street food. Som dtam, wędzone sumy, suszone rybki, pad thai, tom yam goong, desery z kleistego ryżu etc. I rzecz jasna na owoce – moja relacja z mango i ananasami zaczyna być problematyczna.
☼
Wybrałem się też w małą podróż do paskudnego miasta Pattaya. Paskudnego na różnych płaszczyznach, także tej wizualnej. Za to jest to jedno z większych skupisk emerytowanych farangów w TH (to tu można na żywo obejrzeć 80-letnich panów w stanie lekkiego już rozkładu, uwieszonych na młodych Tajkach), więc siłą rzeczy jest tam masa agentów, którzy zajmują się wizami. Po raz kolejny rozglądam się za jakąś długoterminową opcją wizową, która nie będzie zaraz oznaczała bankructwa.
☼
Próba załatwienia prostej sprawy w ambasadzie RP skończyła się skargą do MSZ. Chaos, brak możliwości osobistego kontaktu z kimkolwiek, niedziałające telefony, w tym awaryjny. Zasadniczo totalna żenada. Najwyraźniej dobra zmiana trafiła i do placówek dyplomatycznych.
☼
Sytuacja ekonomiczna w TH zaczyna się robić nieciekawa (dla lokalsów, mnie to bezpośrednio nie dotyka, jeśli nie liczyć wysokiego kursu THB). Bardzo silny baht spowodował kryzys w turystyce, hotele stoją puste, spada zatrudnienie, przemysł spowalnia, Tajowie zaczynają masowo redukować wydatki. Biorąc pod uwagę, że przeciętny lokals jest zadłużony po uszy, efekty mogą być analogiczne do roku 1997. Co prawda Tajlandia ma dzisiaj gigantyczne rezerwy walutowe, więc nic nie wskazuje na to, żeby THB miał się osłabić, co będzie tylko pogarszać sytuację. Tutejszy minister finansów niedawno stwierdził, że klasyczne metody walki z przewartościowaną walutą (obniżanie stóp), już nie działają. Zasadniczo nikt nie wie co robić i będzie tylko gorzej. Inna sprawa, że mały reset się przyda – ceny nieruchomości w TH już dawno oderwały się od rzeczywistości, podobnie jak kurs THB i poziom kredytowanej konsumpcji.
☼
TAT (Tourism Authority of Thailand) próbuje publikować różne hurraoptymistyczne statystyki, ale zasadniczo już wiadomo, że ten sezon będzie marny. Tymczasem na granicy coraz częstsze łapanki na “długoterminowych turystów” (do których można zaliczyć moją skromną osobę), policja organizuje pokazowe akcje łapania osób, które przekroczyły termin pobytu – ostatnio w błysku fleshy aresztowano niemieckiego emeryta, który miał czelność zostać w TH 5 dni dłużej niż powinien.
Wietnam za to przeżywa turystyczne oblężenie.
☼
Pewnie bym się tym wszystkim przejmował, gdyby nie to, że mogę spakować manatki praktycznie z dnia na dzień i przenieść się do Laosu, Wietnamu, Malezji, Kambodży, Nepalu, czy Indii. Właśnie przeczytałem, że Indie wydają pięcioletnie wizy turystyczne, każde przekroczenie granicy daje 180 dniowe prawo pobytu – koszt wizy ok. 300 zł. Nomadyzm jest fajny.
☼
Dzisiaj rozmawiałem z prawnikiem od wiz, wykształconym Tajem, mówiącym dobrą angielszczyzną. Po raz kolejny usłyszałem znaną mantrę: “it’s a military government, they make it hard for everyone”. Wszyscy narzekają na juntę. Do tej pory słyszałem to głównie od ekspatów, ale teraz zaczynają to powtarzać Tajowie – i wcale nie szeptem, trwożliwie rozglądając się wokół, tylko całkiem jawnie.
A junta może całkiem świadomie stara się wypłoszyć expatów, bo wiadomo, że świadomość procesów demokratycznych u statystycznego (zachodniego) expata jest o niebo wyższa niż u słabo wyedukowanych lokalsów.
☼
Na festiwalu Pięć Smaków kilka tygodni temu widziałem singapurski film “Repossesion”. O rodzinie uwikłanej w konsumpcyjny kierat, gdzie pan domu traci pracę, ale nie przyznaje się do tego reszcie rodziny, bowiem utrata statusu i twarzy jest nie do przełknięcia. I tak rodzina powoli traci wszystko, a główny bohater traci zmysły, co ma skutek całkiem krwawy. Jednym z elementów utraconego statusu była filipińska służąca. No i właśnie, totalnie zabawna sytuacja, ale od dzisiaj też mam housekeeperkę z Filipin. Nazywa się Nely, jest super miła i w 3h zmieniła mieszkanie w coś, co przypomina sterylną salę operacyjną. W przeciwieństwie do singapurskiej rodziny, Nely będzie mnie odwiedzać raz w tygodniu, więc nawet jeśli stracę pracę, utrata statusu nie będzie aż tak dotkliwa, LOL.

