2019-12-21

Czerwony potwór i ufok mirosław.

Po dziesięciu dniach w drodze wróciłem do domu – w jednym kawałku, ale z chwilową awersją do podróży (choć nie do motocykli – gdyby nie to, że to mało praktyczne, Honda stałaby w sypialni, obok łóżka). Przejechałem prawie 2500 km, z czego sporą część po bardzo górzystych i dosyć wymagających psychicznie (jak na mój level) drogach. Przede mną super leniwy weekend: nie zamierzam robić nic, być może uda mi się nie wyjść z domu nawet na chwilę.

Bangkok przywitał mnie wielką chmurą smogu. Jak co roku, grudzień i styczeń to okres małego kryzysu, jeśli chodzi o zanieczyszczenie powietrza. Małego w porównaniu z Delhi, czy miastami w Chinach, ale odczuwalnego.

Północna Tajlandia jest piękna. Ludzie są o wiele przyjaźniejsi (co pewnie wynika z tego, że nie są to Tajowie per se, tylko potomkowie innych nacji), natura wciąż w miarę nienaruszona.

Spodobało mi się na tyle, że po paru dniach odpoczynku chcę wpakować motor do pociągu (wyjazd oraz powrót do Bangkoku motorem jest bardzo mało fajny – korki, koszmarny ruch, chaos i kilkaset km po płaskim, w ostrym słońcu, drogami pełnymi pędzących tirów) i znów ruszyć na północ. Tym razem zrobić pętlę bocznymi drogami, ocierając się o granice: birmańską i laotańską. Zobaczę jak się będę z tym czuł za kilka dni.

Teraz za to czeka mnie pisanie zaległych relacji oraz obróbka zdjęć i filmów. Nie mogę się doczekać. ;-)

Leave a Reply